Moja historia 4/20

Jak w moim ciele powstał rak?


Do 2018 moje myślenie o raku pełne było stereotypów, naleciałości ze wzruszających filmów oraz impresji z bilbordów, proszących o 1%. Przyznaję, myślałam, że rak rozwija się w ciele nagle i nie mamy na to żadnego wpływu, że musi dawać jakieś objawy, że jest wyrokiem, że chemioterapia to właściwie złudna nadzieja przed bolesną śmiercią, że na onkologię nie trafiają młode, zdrowo jedzące, świadome osoby. W każdym z tych przekonań jest ziarnko prawdy, podlewane tysiącami indywidualnych historii, jednak tysiące innych, równie ważnych przypadków pokazują, że z ziarnka tego nie powinno wyrosnąć nic, co rzuci cień na nadzieję. Mówiąc bez metafor: warto wiedzieć, na czym polega profilaktyka przeciwnowotworowa, powstawanie i leczenie raka, bo to, co wmawia nam kultura, jest stanowczo zbyt niejasne i pesymistyczne.



Żyłam, jak sądzę, normalnie. Patrzę na czynniki rozwoju raka szyjki macicy… większość z nich nigdy mnie nie dotyczyła. Współżyć zaczęłam późno, nie miałam wybitnie wielu partnerów. Nigdy nie rodziłam. Mój układ odpornościowy radził sobie raczej dobrze. Nie paliłam papierosów, nie odżywiałam się jakoś koszmarnie. Były imprezki i fast food, brałam pigułki antykoncepcyjne, ale bez przesady, za to nie dostaje się z automatu raka szyjki macicy. Musiałam zarazić się HPV – do tego również jednak podchodzę bez emocji, w końcu przynajmniej raz w życiu spotka to aż cztery na pięć osób, czytających ten tekst. Prawie wszystkie nawet się o tym nie dowiedzą – ich układ odpornościowy bez problemu zwalczy zagrożenie. Niestety u mnie tak się nie stało. Wirus został na dłużej.


Sam fakt bycia zarażoną HPV nie oznacza jednak przecież, że dostanę raka. Wiem, że z powodu wszystkich tych filmów i bilbordów wydaje nam się, że rak jest bardzo częstą chorobą – ze społecznej perspektywy słusznie, w końcu nawet nazywamy go chorobą cywilizacyjną. Ale medycznie to rzecz w pewnym rozumieniu rzadka – grypa, alergie, nadciśnienie, mięśniaki czy endometrioza występują o wiele częściej. Organizm potrafi bowiem na wiele sposobów radzić sobie z komórkami, które na skutek uszkodzonego DNA uporczywie chciałyby się dzielić, zamiast posłusznie ulec apoptozie, czyli sobie umrzeć (szczegółowo pisałam o tym na blogu: „31 zasadzek w Twoim ciele. O tym, jak powstaje rak”). Właśnie tak było u mnie. Onkogenny HPV wniknął w komórkę, uszkodził jej DNA, a ta zaczęła zmieniać się w nowotworową.


Czemu akurat w szyjce? Założę się, że nie obiło Ci się o uszy, by ktoś z Twoich znajomych czy ich bliskich miał raka serca. To ekstremalnie rzadkie przypadki, ponieważ rodzimy się z liczbą komórek serca zbliżoną do tej, z którą umieramy. A rak lubi rozwijać się tam, gdzie komórkowo dużo się dzieje. Jednym z takich obszarów jest szyjka macicy, gdzie spotykają się dwa różne nabłonki: płaski z pochwy i gruczołowy z macicy. Granica ta nazywana jest strefą T, od transformacji, czyli nieustannej przepychanki między przerastającymi się nawzajem nabłonkami. Idealne miejsce, by przy udziale onkogennego wirusa coś poszło nie tak. Jedna, maleńka komórka w płaskim nabłonku szyjki macicy zaczęła się zatem u mnie dzielić. Stworzyła miejscowe ognisko raka płaskonabłonkowego, jednak było jej mało. Komórki nowotworowe dotarły jakimś cudem do obu jajników, dzieląc się tam i formując pokaźne guzy – tak, w obu jajnikach i tak, bez zajęcia węzłów chłonnych (to super-wyjątkowa i dziwna sytuacja!).


Zauważ: nigdy nie mówię, że zachorowałam w 2018, tylko że dostałam wtedy diagnozę. No bo właśnie, kiedy ta jedna, jedyna komórka zaczęła się psuć, potem złośliwieć, dzielić, a wreszcie dawać przerzuty? Kiedy to wszystko się działo? No cóż, kiedy w zimowe popołudnie, nie znając jeszcze Maćka, prowadziłam zajęcia z fotografii. Kiedy leżałam na kocu nad Wisłą i czytałam książkę. Kiedy tańczyłam. Kiedy robiłam sobie tatuaż. Kiedy spałam. Kiedy malowałam kreski na oczach, bo szłam na pierwszą randkę z Maćkiem. Kiedy całowaliśmy się podczas pierwszego spaceru z naszym nowym psem. Kiedy pisałam ostatnią stronę swojej pracy doktorskiej. Kiedy smarowałam nogi kokosowym balsamem, nie obserwując u siebie absolutnie żadnych niepokojących objawów. To trwało latami, nie dając o sobie znać.


Jedne z najlepszych rad, jakie kiedykolwiek otrzymałam, zaczynały się od „trzeba było spytać”. Komunikacja to bowiem w mojej ocenie podstawowy, zaskakująco skuteczny sposób naprawy prawie wszystkiego. A ja nie spytałam swojego ciała, czy wszystko z nim OK. Założyłam, że skoro nic nie mówi, bo zupełnie normalnie całuje się, spaceruje i daje się smarować kokosowym balsamem, to nie ma co drążyć. Tym pytaniem mogła być zwykła cytologia, badanie krótsze niż namalowanie kreski na oczach i mniej bolesne niż tatuowanie (przynajmniej dla mnie). Mogłam sprawdzić. Gdybym trafiła w odpowiedni moment – a takich było bardzo wiele – diagnoza nie leżałaby koło onkologicznej, a leczenie skończyłoby się na drobnym zabiegu. Albo chociaż byłoby przed przerzutami. Mogłam mieć wpływ, ale nie miałam świadomości i niechcący nie wykorzystałam tej szansy.


Gdy przyszły wyniki konizacji (o której pisałam w poprzednich dwóch odcinkach tego cyklu), czarno na białym stało, że w mojej szyjce macicy jest rak. Wciąż jednak nie było wiadomo, czy złośliwe komórki dotarły gdzieś dalej. Lekarz wyjaśnił mi, że mamy trzy możliwości: nowotwór może być tylko w szyjce, przejść już do okolicznych węzłów chłonnych lub być nawet dalej, ale dowiemy się tego dopiero po operacji. Wtedy zrobiłam zdjęcie, które miało mi pomóc to zrozumieć – trzy konturowe postaci, rak jako czerwone, świecące punkciki, moje emocje wyrażone w pozach. Życie bywa przewrotne – na obrazku nie ma tego, co okazało się miesiąc i rok później. Ale o tym wszystkim napiszę w kolejnych odcinkach…


__________


Zapisz się do newslettera

(i bądź ze mną na bieżąco)