Teraz już nic nas nie złamie

O raku i miłości


Leżeliśmy na chłodnej trawie, trzymając się za ręce. Niebo było tak jasne, że zamykane powieki wydawały się pomarańczowe. Pamiętam dochodzące ze wszystkich stron ciche dźwięki owadów i przyjemne ciepło na twarzy.

- Zapamiętaj to uczucie. Jak będzie Ci naprawdę źle w szpitalu, zamkniesz oczy i wyobrazisz sobie, że jesteś tutaj, ze mną. Po to tu przyszliśmy.

Następnego dnia miałam mieć usuwanego raka, razem z macicą, jajowodami, górną częścią pochwy i biodrowymi węzłami chłonnymi. Dzień przed tym wydarzeniem nie pakowałam się do szpitala, nie wpisywałam w wyszukiwarkę hasła „rekonwalescencja po laparoskopii”, nie spisywałam testamentu, nie płakałam. Zamiast tego, leżałam na trawie w parku w Krynicy Zdroju, słuchając Maćka i owadów. Czy to było lekkomyślne? Nie, nagranie filmu pożegnalnego i wypłacenie pieniędzy z konta ogarnęłam już wcześniej. W Krynicy właściwie już nie myślałam o tym, co złe – leżąc na trawie, nie skupiałam się na lęku. Do szpitala przyjechałam zaskakująco spokojna, z głową pełną wrażeń z romantycznego wyjazdu. No i nie zliczę, ile razy w następnym tygodniu wyobrażałam sobie tamtą trawę, słońce i ciepło na twarzy, by odwrócić uwagę od bólu – tak, jak wymyślił to Maciek.



Wiem, że to brzmi jak z bajki. Skłamałabym, mówiąc, że bajkowe jest całe moje życie – historii o raku, wiecznie spóźniających się przelewach, kredycie na ćwierć wieku oraz psie z problemami ze zwieraczami nie opowiadałabym raczej dziecku na dobranoc – ale związek mój i Maćka jest bajkowy. Możliwe, że udaje się to, bo traktujemy naszą miłość jak złoto w kopalni, stosując na zmianę zgłębianie, odcedzanie i połyskiwanie. Ale tę potrójną tajemnicę odkryję na koniec tego tekstu.


Dziś opowiem Wam o tym, co dzieje się na styku miłości i choroby nowotworowej.



Jak między mną a Maćkiem narodziła się miłość?


To, że związaliśmy się ze sobą w 2014, dziś wydaje nam się jakby… abstrakcyjne. Byliśmy osobami bardzo do siebie podobnymi, będącymi w podobnych życiowych miejscach i sytuacjach, ale przepaść, jaka dzieli nas teraźniejszych od nas wtedy, jest wręcz gigantyczna. Dwoje nieco zagubionych imprezowiczów, uczulonych na związkowe ograniczenia, spotkało się 4 kwietnia 2014 pod ziemią, w klubie muzycznym. Maciek wpadł mi w oko po prostu jako mężczyzna w moim typie – wysoki, chudy, bez dużych mięśni. Pociągła twarz, jasne włosy, wąskie kąciki ust. Organizowałam wtedy kolejny swój DJ-ski festiwal charytatywny. Maciek podszedł do mnie i zapytał, czy może na nim zagrać. Będę szczera – jego wygląd, styl ubierania się, buty świadczące o tym, że jeździ na desce oraz to, że jest DJ-em, w pełni wystarczyły mi, by zgodzić się na wspólną przechadzkę do sklepu. Bo ja też wpadłam mu w oko.


Resztę tamtej nocy przegadaliśmy na klubowej sofie. Wtedy Maciek powiedział mi, że z uwagi na swoje doświadczenia nigdy się nie zakocha i nigdy nie zamieszka z dziewczyną. Nie pozostałam dłużna – oznajmiłam, że moja wizja relacji romantycznej zakłada mnóstwo luzu, który pozwoli mi imprezować bez partnera i samotnie realizować swoje pasje i hobby. Nie wiedzieliśmy wtedy, że to, co mówimy, jest obrzydliwie stereotypowe, a za niespełna miesiąc będzie też kompletnie nieaktualne.


Na tamtej imprezie Maciek nie wziął mojego numeru telefonu. Nad ranem po prostu zawinął się z kolegami. Tuż po dotarciu do domu, gdy jeszcze byłam w klubie… zadzwonił. Wziął numer z mojej strony internetowej, takiej z portfolio fotograficznym. Zaproponował randkę. Kilka godzin później siedzieliśmy nad Wisłą, jedząc sałatki na wynos. Bawiło mnie, jak Maciek wyrzucał duże kawałki pomidora, mówiąc, że jada tylko cienkie plasterki.


Po kilku podobnych randkach zaczęliśmy myśleć o sobie, jak to się mówi, na poważnie. Kotłowaliśmy się w tym mocno: najpierw ja musiałam zaczekać, aż Maciek poukłada swoje sprawy, później w miłosnym zrywie zaproponowałam mu wspólne zamieszkanie, co nie do końca przypadło mu do gustu. Następnie zmienił zdanie, jednak w międzyczasie i mnie się odmieniło, a nawet i odechciało. W końcu jednak udało nam się spotkać o tej samej miłosnej godzinie w tym samym miłosnym miejscu. To nie tylko metafora – po miesiącu od tamtej imprezy zamieszkaliśmy razem w maleńkiej kawalerce w centrum Krakowa, a pięć dni później mieliśmy psa, znanego Wam z instagramowych storek. No, to by było na tyle jego niemieszkania z dziewczyną i mojego samotnego realizowania pasji.



Jak przeszliśmy razem diagnozę?


Cztery lata później, wiosną 2018 zarówno nasza relacja, jak i sposób życia były już zupełnie inne niż na początku. Ja prowadziłam swoją firmę, Maciek miał pracę na etacie. Wynajmowaliśmy większe mieszkanie, imprezowaliśmy dość rzadko. Lubiliśmy wspólne weekendy w polskich, niskich górach, rozważaliśmy wspólny biznes. Byłam tuż przed otwarciem mojej wystawy doktorskiej, gdy otrzymałam diagnozę. Wszystko runęło, ale nie nasza relacja. Oczywiście, kolejne złe wieści Maćka smuciły i przerażały, ale mimo to pozostawał wspierający, zadaniowy, trzeźwo myślący. Pomagał mi skupiać się na tym, co wiemy, słuchał z uwagą, wciąż mnie przytulał, wyręczał w wielu czynnościach, poprawiał humor drobnostkami. Robił to intuicyjnie.


Od początku czułam, że jesteśmy w tym razem, że mogę liczyć na jego wsparcie. Odbyliśmy wiele poważnych rozmów, takich przy stole, pełnych łez i wymownych chwil ciszy. Maciek nie lubił rozmawiać o śmierci, ale wszystkie inne tematy przerabiał wzorowo. Co rusz zapewniał mnie, że ani blizny, ani bezpłodność, ani nadchodzący trudny i niepewny czas nic nie przekreśli, nie zepsuje. Głaskał mnie po głowie i powtarzał, że mnie kocha i że wspólnie przez to przejdziemy. Dziś myślę, że wziął na siebie część mojej choroby. Mimo iż w dokumentacji medycznej figuruje wyłącznie moje nazwisko, mam wrażenie, że chorowaliśmy razem, bo każdy etap i szczegół przerabialiśmy wspólnie.


Po szoku związanym z diagnozą, za sprawą Maćka, w nasze życie powolutku zaczęły zaglądać inne tematy oraz żarty. Dawkowane ze smakiem, zdrowe, normalne życie nie zniknęło z horyzontu. Moje emocje były bardzo różne. Bywało, że wybuchałam, płakałam, krzyczałam. Maciek zawsze przyjmował przeprosiny, szczerze dzieląc się ze mną swoimi wnioskami i odczuciami. To wszystko było cholernie trudne i mocne, ale czuliśmy, że musi to tak działać, byśmy trwali w tym razem, pozostali na powierzchni.



Z jednego swojego kroku jestem wyjątkowo dumna. Zadzwoniłam do najlepszego przyjaciela Maćka i wyznaczyłam mu zadanie kompletnego niezajmowania się mną – mimo iż jest mi bliską osobą i naprawdę przejął się moją chorobą – i on, i jego dziewczyna. Poprosiłam, by zamiast tego zaopiekował się Maćkiem, ponieważ jemu również jest ogromnie ciężko i przechodzi przez koszmar. Już wtedy uważałam, że tak zwane osoby wspierające pacjentów onkologicznych (choć w tamtym czasie nie znałam tego określenia) również w pewien sposób chorują. Mają na sobie ogromny ciężar – oni i wszyscy wokół skupiają się wyłącznie na tym, kto jest chory, a przecież udzielanie takiej pomocy, partycypowanie w całym procesie diagnozowania i leczenia oraz doświadczanie realnego ryzyka śmierci najbliższej osoby to sytuacja, która nie pozostaje obojętna dla samopoczucia i zdrowia psychicznego. Udzielę Ci więc krótkiej, dwuczłonowej rady. Chorujesz? Zadbaj o tych, co Cię wspierają. Wspierasz? Zadbaj również o siebie!



Jak przeszliśmy razem leczenie?


Tuż przed operacją Maciek zabrał mnie do rzeczonej Krynicy, z której przywiozłam nadzieję i wspomnienie leżenia na trawie. Potem przyjeżdżał do szpitala codziennie, cały mój pobyt. Przywiózł mi swoje popisowe spaghetti – do dziś sądzę, że nigdy wcześniej i później nic tak mi nie smakowało. Dawał maleńkie podarunki, poprawiał poduszkę, smarował nogi balsamem. Mówił, że pięknie wyglądam i całował w czoło, gdy miałam tłuste włosy i spuchnięty, pocięty brzuch, z którego wystawała rurka. Dobę po operacji przyszły takie bóle, że doświadczałam halucynacji i rzucałam się po łóżku jak w „Egzorcyście”. Rzadko o tym wspominam, bo nie były to typowe bóle pooperacyjne – miałam wyjątkowo silną reakcję na pozostałości gazu z laparoskopii, co nie dzieje się prawie nikomu. Bolało pod obojczykami. Maciek siedział przy mnie tak długo, aż nie został wyproszony ze szpitala.


W dniu wypisu wyglądałam dramatycznie: wielki brzuch, podkrążone oczy, żółwie tempo poruszania się. Droga na parking była jak wycieczka wysokogórska – głupi krawężnik wydawał się przeszkodą, którą trzeba przemyśleć, rozplanować, a najlepiej obejść. Gdy tak człapałam ledwo żywa, podtrzymujący mnie Maciek powiedział zdanie, które uważam za najważniejsze w naszej całej relacji: „teraz już nic nas nie złamie”. Ilekroć sobie to przypominam, do moich oczu napływają łzy. I rzeczywiście, nic nas od wtedy nie złamało.


Po powrocie do domu Maciek codziennie robił mi zastrzyki, rozśmieszając mnie udawaniem lekarza. Gotował obiady, pomagał wejść do wanny. Przemeblował salon, by stworzyć coś w rodzaju leżącego biura dla mnie. Przyjmowałam tam nawet studentki, które robiły u mnie dyplom! Wykupił też wycieczkę na wsi. Do zdrowia dochodziłam pod lasem, wśród moich ukochanych zwierząt gospodarskich. Sporo się śmialiśmy – to był nasz sposób na rekonwalescencję. Nie wiem, które wspomnienie dziś bardziej mnie bawi – to, jak Maciek się zapomniał i dla żartu uderzył mnie brzuchem w brzuch, a później przepraszał zszokowany, a ja nie mogłam nic odpowiedzieć ze śmiechu i bólu naraz, czy to, jak zażartował, że cierpiąc po operacji mam przynajmniej jako-takie pojęcie o tym, co czuje mężczyzna, gdy jest przeziębiony.


Rok później nad naszymi głowami znów zebrały się ciemne chmury – przerzuty na oba jajniki. I wtedy, przy drugim rzucie choroby i leczenia, Maciek spisał się wzorowo. Między drugą a trzecią operację to mi się w ogóle oświadczył! Później, gdy miałam chemioterapię i naświetlania, wracał do domu z pracy z zakupami, włączał mi kompilację filmików ze szczeniaczkami i szedł robić obiad. Znosił moje dziwne smaki i zmiany nastroju podczas chemii, starał się, ale i spotykał się z przyjaciółmi, dbając tym samym o siebie, za co jestem mu bardzo wdzięczna, bo przy swoim zdrowieniu nie znoszę tragizowania i wiecznego przyglądania się każdemu mojemu ruchowi. Także dziś Maciek wspiera mnie przed każdą kontrolą. Czeka pod gabinetem, w którym mam mieć rezonans, zamawia sushi po odebraniu dobrych wyników.




Czy zawsze jest tak kolorowo?


Niestety znam wiele historii, które wcale nie są takie słodkie i inspirujące. Mam koleżanki, których mężowie czy partnerzy zostawili je tuż po diagnozie, zaraz po operacji, u progu chemioterapii. Nie chcę oceniać czyjegoś zachowania w obliczu tak strasznej rzeczy, jaką jest rak, ale nie umiem znaleźć usprawiedliwienia dla słów „ja w chorej się nie zakochiwałem”, „to dla mnie za duży problem, nie mam na to czasu i ochoty” czy – uwaga – „teraz już nie jesteś kobietą”. Nie wymyśliłam tych zdań, to bolesne etykiety prawdziwych historii. Znam kobiety, które zostały same z rakiem i dziećmi. Moją koleżankę, po wielu latach związku, chłopak odwiedził w szpitalu ze swoją nową dziewczyną. Znajoma, już nieżyjąca, przy drugim rzucie choroby została z niczym. Przeprowadziła się do brata, który się nią zaopiekował.


Ciekawie przedstawiają się również wyniki badań na ten temat. Wygląda na to, że kobiety z rakiem są często zostawiane, bo przestają spełniać oczekiwania partnerów, a mężczyźni z rakiem odchodzą, gdyż są przez swoje ukochane nieustannie upupiani na zasadzie „nie będziemy uprawiać seksu, jechać na wycieczkę czy jeść romantycznej kolacji, bo jeszcze coś ci się stanie, szoruj pod koc, tu masz herbatę”. Wyjątków od tych tendencji jest mnóstwo. No cóż, wyważenie balansu pomiędzy życiem z rakiem i znaną dotychczas normalnością to nieziemsko trudna sztuka, a i motywacje trwania relacji są przecież różne.


Moim zdaniem, poważnym problemem jest również czucie się ciężarem. Przyznam, że tuż po diagnozie miałam myśli, by odejść od Maćka, bo przecież należy mu się dobre, normalne życie, a nie taka umierająca ja. Na szczęście szybko otrzymałam pomoc psychoonkologiczną i zrozumiałam, że nikt Maćka do tego nie zmusza, a ja, wmawiając sobie i jemu, że jestem ciężarem, psuję wszystko nam obojgu i utrudniam działanie prostego mechanizmu pomocy, dzięki któremu oboje dajemy i dostajemy to, co chcemy. Dziś nauczyłam się przyjmować pomoc. Uważam to za wielką i piękną sztukę – polecam!


Na szczęście, mimo podanych smutnych przykładów, znam naprawdę wiele osób, których partnerzy i partnerki byli i są jak Maciek, tylko oczywiście po swojemu. Historie pacjentek i pacjentów onkologicznych skrzą się od miłości, romantyzmu, pożądania, wsparcia, bycia razem. Jedna z moich koleżanek wzięła ślub tuż przed śmiercią, której nadejście było dla partnera oczywiste. Znam związki, które narodziły się w trakcie lub tuż po leczeniu. Relacje, które bez problemu przetrwały kilka wznów raka. I pary, które przeszły raka w przeszłości, a teraz są niezniszczalne. Obyśmy z Maćkiem do późnej starości byli jedną z nich!



Co robić, gdy w związku pojawia się rak?


Sądzę, że w przejściu przez raka we dwoje najważniejsza jest szczerość. Widzę ogromną szkodliwość decydowania o czyichś emocjach: „lepiej mu tego oszczędzę”, „z taką łysą woli się pewnie nie pokazywać”, „idź z kolegami i miej coś od życia, no, już, idź”. Pozwólmy tej drugiej, przecież najdroższej osobie, samodzielnie decydować o tym, co chce robić i jak postępować. Udawanie, że wszystko jest OK, tłumienie emocji czy maskowanie bólu finalnie wcale nie chronią drugiej osoby, tylko oddalają od siebie dwoje ludzi, którzy tak naprawdę potrzebują bliskości jak nigdy dotąd. Tylko na dobrej komunikacji hodować można troskę.


Nie wydaje mi się, by rady dotyczące atmosfery, wspólnych czynności lub tematów rozmów miały jakikolwiek sens. Każdy związek ma swoje tempo, swoje punkty odniesienia, swoje zwyczaje, swoje perełki. Nie jestem psychoonkolożką, ale gdybym miała poradzić koleżance z rakiem, co robić czy jak rozmawiać w trakcie leczenia, to chyba powiedziałabym, że tak jak w obliczu innych większych problemów, które przecież zdarzają się każdemu: „to co robimy? jak sądzisz? przytulimy się?”. No i poleciłabym wspólną rozmowę z psychoonkologiem lub psychoonkolożką, jeśli byłaby taka potrzeba. Rak to sytuacja, w której nikt do końca nie wie, jak się zachować. Całe życie ulega przetasowaniu. Pod znak zapytania trafiają zwyczaje, związane z seksem, czułością, spędzaniem wolnego czasu. Nie sposób wyjść z tego obronną ręką, jeśli nie będzie szczerej rozmowy, pytań, refleksji, opisywania emocji. Warto też pamiętać, że w związku, niezależnie od sytuacji, obie osoby są tak samo ważne.


Jak masz raka, to po prostu musisz się leczyć, a lekarze mówią Ci, co masz robić. Osoba wspierająca trafia natomiast do chaotycznej krainy bezradności. To ważne, by nie zostawiać jej tam samej. Nie można zapominać więc o tym, że osoba partnerska również potrzebuje pomocy i wsparcia, a przez raka można przechodzić we dwoje. Wiem, że strach każe się chować, ale lękowi lepiej stawić czoła. Szczera komunikacja pozwala robić to razem. Dzięki temu można czuć się w tej trudnej sytuacji mniej samotnie…



O co chodziło z kopalnią złota?


Zgłębianie, odcedzanie i połyskiwanie – tę metaforę miałam na koniec wyjaśnić. Nasza miłość jest jak kopalnia złota (oczywiście to zdanie lepiej brzmiałoby bez pierwszego słowa, ale nie śmiałabym tworzyć jakichś aforyzmów, mogę mówić tylko o własnym związku).


Uważam, że każda relacja to osobny świat. Między dwojgiem ludzi dzieje się coś, czego inna osoba nigdy nie będzie w stanie w pełni zrozumieć. My wszystkie części tego wspólnego świata tworzymy na nowo tak, by obu stronom to w pełni pasowało. To jak kopanie głębiej i głębiej. Każdy temat, za jaki się wspólnie zabieramy – urządzenie łazienki, wyjazd na weekend, projekt zawodowy czy jedzenie na wesele – przegadujemy wzdłuż i wszerz, nieraz godzinami. W tych rozmowach kwestionujemy i analizujemy wszystko: stereotypy, kulturę, tradycje, sensy. Po wszystkim mamy ustalone coś, co w pełni rozumiemy i czego oboje jesteśmy pewni. Coś, co jest jednocześnie moje, Maćka i nasze. To motywuje do działania i zmniejsza prawdopodobieństwo konfliktu.


Odcedzanie to olewanie rzeczy, które nie są dla nas realnie ważne. Z przykrością obserwuję, jak niektóre znane mi związki grzęzną w skarpetkach, deskach klozetowych, ilościach paliwa w bakach, sposobach wyciskania pasty do zębów. Oczywiście wiem, że takie elementy to często etykieta poważniejszego problemu, ale nie zawsze – i o tym mówię. Naszym celem jest mieć dobry humor i zajmować się kwestiami dla nas naprawdę istotnymi. Dlatego też wytworzyliśmy sobie system ignorowania lub wspólnego obśmiewania rzeczy, które osobiście zrobilibyśmy inaczej. Związek to w końcu dwoje ludzi i ich wspólna przestrzeń, a nie trening tego, jak druga osoba może zrobić bardziej po mojemu. Skupienie się na rzeczach ważnych to również nieszukanie drugiego dna. Staramy się zawsze słuchać tego, co jest wypowiadane. Z podejrzewania, że chodziło o coś innego niż to, co wybrzmiało lub – odwrotnie – z niewypowiadania rzeczy ważnych i zakładania, że druga osoba się tego domyśli, jeszcze nic dobrego u nas nie wyszło.


Ostatni nasz skarb, który w tym tekście nazwałam połyskiwaniem, to cieszenie się miłością. Jesteśmy razem ponad osiem lat. Panicznie boimy się relacji, złożonej z przyzwyczajeń i regułek o myciu naczyń i wieszaniu prania. Dlatego regularnie robimy sobie pikniki, wieczory tematyczne, wypytujemy się o takie rzeczy jak wymarzona kanapka lub najmilszy zapach z dzieciństwa, turlamy po łóżku, wynajdujemy kolejne słowa do wspólnego języka, wymyślamy piosenki o naszym psie. Razem jesteśmy radośni i dziecinni, choć oczywiście potrafimy być bardzo, bardzo poważni. Bez tego nie przeszlibyśmy przez raka.


Czy to przepis na idealny związek? Nie, ponieważ takowy nie istnieje – ani przepis, ani związek. Wiem jedynie i opisuję, co robię u siebie. Poza tym, dużo w tym jest szczęścia, dopasowania, wspólnych doświadczeń, procesu, nauki, wpadek. Wierzę jednak, że prawie wszystkie, wszyscy możemy stworzyć dobrą, wspierającą, romantyczną relację (oczywiście mówię o osobach, które tego pragną, nie każdy chce być z kimś – przestańmy pielęgnować okropny stereotyp, że singiel czy singielka to zawsze osoba samotna, niepełna i smutna!).



Z pewnością jednak odradzam działania stereotypowe. Smuci mnie i nurtuje to, co nader często słyszę od znajomych mi osób lub czytam w facebookowych komentarzach. „Faceci nie potrafią się troszczyć o kobiety, sprawiać im niespodzianek, w ogóle często po prostu nie myślą”. Nie ma czegoś takiego, jak ogólne cechy „facetów” i „bab”, to zawsze stereotypy i odgrywanie kulturowych ról. Są różni ludzie, a nawet jeśli w swoim życiu spotkałaś i przetestowałaś piętnastu facetów i wszyscy okazali się zimnymi draniami, to wniosek, że pozostałe kilka miliardów to kopie tej piętnastki, jest daleko idącą nadinterpretacją rzeczywistości. Równie fatalne hasło: „związek jest ciężką pracą i jeśli chcesz być z kimś, to musisz regularnie przełykać gorzkie pigułki”. Są takie związki, znam kilka osobiście. Uważam, że warto byłoby spróbować je naprawić lub zakończyć. Życie jest po to, by eliminować złe jego elementy. Nie cierpię gadania, że związek to wieczne kompromisy i ograniczenia. Ja przy Maćku rozwijam skrzydła jak nigdy dotąd – wzajemnie dopełniamy się w realizowanych projektach, jestem w pełni sobą. Wreszcie „kocham go, ale czasem mam ochotę zadusić własnymi rękami” – to taki żart czy coś do przepracowania? Nie powtarzajmy tych frazesów!


Na natomiast powtórzę, że różne nasz związek miał wzloty i upadki, ale jest silny, mocny i dobry. Uwzniośla mnie, daje mi poczucie bezpieczeństwa, dobrą zabawę i świadomość, że ktoś się o mnie troszczy. I ja troszczę się o Maćka – pomagając w trudnej chwili lub krojąc cieniutko pomidora – nie w zamian, ale bo chcę. Pracujemy razem, w naszej firmie, dopełniając się umiejętnościami i dzieląc zarobkami po połowie. Mieszkamy razem – kupiliśmy mieszkanie, spłacamy kredyt. Odpoczywamy razem, w sposób, który lubimy. Spędzamy razem lwią część czasu, a jak przychodzą wakacje, jedziemy na nie we dwoje. Za niecały miesiąc bierzemy ślub. Jestem zakochana – Maciek podoba mi się tak samo jak wtedy, gdy zauważyłam go w klubie. Tamten czas nie minął, choć nasza relacja jest kompletnie inna. Co dał nam rak? Wspólną siłę. „Teraz już nic nas nie złamie”.


__________


Zapisz się do newslettera

(i bądź ze mną na bieżąco)