Ściągam majtki milczenia

O seksie i raku


Zacznijmy od… zarośniętej pochwy i majtek milczenia


- Czy to prawda, że po radioterapii pochwa może się zrosnąć, nawet całkowicie?

- Niestety to prawda, miałam kilka takich przypadków.

- A czy mnie… też może się to stać?

- Tak, u pani, po takiej dawce naświetlania, jest takie prawdopodobieństwo. Niewielkie, ale istnieje.

- Pani doktor, ale naprawią to państwo wtedy, prawda?

- Niestety nie. Medycyna nie ma tu praktycznie żadnych możliwości.


Pamiętam ten dialog, jakby to było wczoraj. Leżałam na fotelu ginekologicznym z pół litra fioletowej cieczy w pęcherzu, wtłoczonej mi tam przez cewnik. Pani doktor o zawsze uśmiechniętych oczach wciskała mi do pochwy, jak mi się zdawało, kilometry tamponady. Bardzo bolało. Byłam po dwudziestu kilku naświetlaniach zewnętrznych i dwóch sesjach brachyterapii, czyli naświetlania od środka, walcem umieszczonym wewnątrz. Każdy dotyk w obrębie pochwy bolał jak diabli.


W domu, wieczorami, gdy mocno zagryzałam ręcznik, byłam w stanie wsadzić sobie do środka dwa, maksymalnie trzy centymetry palca. Tamtego dnia pani doktor o uśmiechniętych oczach sprawdzała, czy nie mam przetoki, czyli dziury między pęcherzem a pochwą. Dzień wcześniej byłam na pierwszej imprezie od wykrycia przerzutów. Podczas śmieszków ze znajomymi, nagle z mojej pochwy wylało się morze przezroczystego płynu. Z łzami w oczach pobiegłam do łazienki. Wystraszyłam się, że to mocz. Finalnie okazało się, że przetoki nie mam, lecz z fioletowego badania wróciłam do domu z nowym koszmarem – widmem zarośniętej pochwy.


To tylko jedna z dziesiątek naprawdę strasznych historii, którymi rak próbował ugodzić w moje życie seksualne (kilka kolejnych opisuję w tym tekście). Dotychczas sprytnie pomijałam temat seksu, tak przecież drażliwy, intymny, delikatny i niewygodny. To jednak nie tak, że w ogóle nie było o tym mowy. Pytania, jak z moim orgazmem po wycięciu macicy i skróceniu pochwy, czy uprawiałam seks podczas chemioterapii, jak z nawilżeniem po naświetlaniu, czy osoba penetrująca penisem bądź palcami jest w stanie wyczuć różnicę oraz czy to prawda, że pochwa naprawdę może się zrosnąć przez naświetlanie, padały wielokrotnie. Koleżanki, a czasem nawet i odważniejsi koledzy, wciąż mi je zadają – delikatnie, ale wprost. Odpowiadam tak, jakby pytali mnie o wypadanie włosów lub wyniki markerów – bez zniżania głosu, z dumą, że tą pogawędką łamiemy społeczne tabu, lecz jednocześnie w poczuciu niezwykłości sytuacji.


To wartościowe momenty i bardzo ważne tematy. Wałkujemy je wśród syrenek oraz z otwartymi, empatycznymi lekarzami i lekarkami. Nie ma ich jednak prawie wcale w książkach, poradnikach czy zaleceniach, a wielu specjalistów unika ich jak ognia. Dlaczego? Bo to seks! Prawie wszyscy go uprawiamy, lubimy, czytamy o nim i myślimy, nawet na ważnym, biznesowym spotkaniu, ale zakrywamy go zasłoną, a raczej majtkami milczenia. Wszystko bulgocze w kotle ambiwalencji i sprzeczności – w szkołach udajemy, że nastolatki nie odczuwają popędu, podczas gdy średni wiek inicjacji seksualnej z roku na rok się obniża. Psioczymy na głębokie dekolty i wycięte szorty, w mediach społecznościowych zasypując przedstawiające je zdjęcia serduszkami. Zasuwamy firanki, przygaszamy światło i szepczemy, jednocześnie marząc o klapsach lub palcu wsadzonym do ust tak głęboko, że lecą łzy.


W XXI wieku wciąż nie radzimy sobie z seksem, traktując go jak małe dziecko, któremu każe się kolejny kwadrans siedzieć prosto i nie machać nogami. Nie chcę rozpoczynać rewolucji, siać zamętu i ciskać kontrowersją – wbrew licznym pozorom, takie zachowanie nigdy nie było moim celem. Chcę tylko zrobić to, co zawsze – opowiedzieć o swojej historii i udzielić rzeczowych porad, tym razem na temat seksu. A że przy okazji muszę zsunąć majtki milczenia… no cóż, to nie moja wina, że tak uparcie trzymamy je na pupie świata, także tego onkologicznego.



Seks, czyli rwanie rajstop zębami i patrzenie w oczy przy świecach


W specjalistycznym podręczniku ginekologicznym, który ostatnio reagowałam i ilustrowałam, znalazła się bardzo ciekawa porada dla lekarzy i lekarek. Otóż powinni oni udzielać starszym pacjentkom informacji na temat seksu w obliczu choroby czy leczenia, nawet jeśli to, co mówią, odbijane jest słowami „panie kochany, gdzie w moim wieku takie rzeczy”. Dlaczego? Bo pacjentki często tak bardzo wstydzą się poruszania tych kwestii, że próbują wycofać się z rozmowy, mimo iż serwowane porady są dla nich cenne i realnie przydatne. Duża część społeczeństwa wciąż uważa seks za coś, o czym mówić nie należy, a bycie seksowną lub seksownym gani za nieobyczajność (delikatnie mówię tu o okropnym slut shamingu, na przekór któremu zrobiłam sobie zdjęcia, ilustrujące ten tekst).


Zamykanie tak ważnej sfery życia na kluczyk odbiera nam wolność, obniża jakość ważnych, przyjemnych aktywności, zawęża zakres możliwości, a także przesuwa środek ciężkości tematu seksu na rozmnażanie, bagatelizując i wynaturzając aktywności seksualne inne niż penetracja pochwy penisem. Mówienie o seksie i uprawianie go w sposób, o jakim się marzy, nie oznacza upadku moralności świata – wręcz przeciwnie, podejmując świadome decyzje i wyrażając się o tematach wymagających wyczucia, definiujemy etyczność oraz ćwiczymy dojrzałość, odpowiedzialność i asertywność. Bo, tak, proszę Państwa, uprawiamy seks. Nie wszyscy muszą go potrzebować i lubić – w danej chwili lub zawsze – istnieją przecież osoby w spektrum aseksualności. Znakomita większość z nas go jednak uprawia. Seks ma wiele funkcji: redukcja napięcia fizycznego i emocjonalnego, chwile bliskości z ukochaną osobą, dobra zabawa, prokreacja, spalanie kalorii, eksperymentowanie…


Seks ma sens, gdy jest wolny. Dajmy więc seksowi spokój. Nie wchodźmy innym do łóżka, nie odbijajmy klisz. Krążące w społeczeństwie, obrzydliwe stereotypy dotyczące seksu uderzają we wszystkie płcie. Od mężczyzn oczekuje się bycia jurnym rumakiem z nieprzemijającą erekcją, jednocześnie każąc im hamować popędy i wyzywając od bezmyślnych zwierząt. Kobiety wtłacza się w role omdlewających z rozkoszy przy nawet najdelikatniejszym dotyku (moja ulubiona książka o seksie wyśmiewa nawet klasyczne, heteronormatywne ilustracje erotyczne, na których to on działa, a ona osuwa się półprzytomna) lub oziębłych, cierpiących na wieczny ból głowy. Odbiera się im możliwość eksplorowania swojej seksualności i mówienia głośno o odważniejszych fantazjach i zwyczajach.


Deliberowania o tym, jak to tak, żeby dwa penisy razem lub jak tak można, sromem o srom, bądź pieprzenia o zamku, kluczu i tym, co otwiera wszystko, a co jest do niczego, nawet nie będę przywoływać, o zgrozo. Jeszcze jedna, być może najważniejsza sprawa, której w tym tekście nie może zabraknąć. W seksie, jak i innych, prawie wszystkich dziedzinach życia, kategorycznie nie może być przymusu. Do seksu może dojść, gdy dwie lub więcej osób, mających kompetencje do świadomego i dorosłego podejmowania decyzji, wyrażają klarowną zgodę. Absurdalnym i wysoce karygodnym jest uznawanie za zgodę tego, jak ktoś jest ubrany, jaki ma styl bycia, na jaką imprezę się wybrał. Poza kierowaniem się krzywdzącymi, kretyńskimi stereotypami oraz łamaniem zasady wyraźnej i świadomej zgody, w seksie można wszystko.


Seks ma bowiem najróżniejsze formy. To nie tylko penetracja waginalna, oralna czy analna. Seksem jest również petting oraz masturbacja. W seksie można wykorzystywać zabawki i akcesoria, lubrykanty, stroje, a nawet jedzenie. Istnieje cała masa fetyszy, które czasem stanowią igraszkę, a czasem parafilię, czyli coś, bez czego nie da się osiągnąć pełnej satysfakcji seksualnej. Wśród opisanych i mniej lub bardziej popularnych praktyk znajdziemy bondage, czyli wiązanie, mumifikację, czyli zawijanie człowieka jak burrito na przykład w folię, coffin sex, czyli zabawę na niewielkiej powierzchni, takiej jak wnętrze szafy czy schowek na szczotki, albo oil overload, czyli użycie naprawdę dużej ilości oliwki. Jest też BDSM i lubiący je ludzie: domy, a więc ci dominujący, suby – ich poddani, oraz switche, znaczy się ci, co lubią raz tak, raz tak.


Seks może być powolny, delikatny, z patrzeniem w oczy migoczące w świetle świec. Seks może być szalony, z rwaniem rajstop zębami i błaganiem o litość. Seks może trwać godzinami lub być słynnym szybkim numerkiem. Seks może prowadzić do orgazmu, wieść przez całą ich serię lub pominąć ten element – orgazm to nie baza, którą koniecznie trzeba zdobyć. Seks może być poważny lub z kupą śmiechu. Po ćwierćwieczu związku lub pierwszy raz z tym kimś. Całkowicie nago lub z zadartą spódniczką i odsuniętą na bok częścią majtek. W ciąży. Pod kołderką we własnym mieszkaniu lub w przedziale pędzącego pociągu.


Seks może inicjować kobieta lub mężczyzna. Albo osoba niebinarna. Są stosunki seksualne, które kończą się zapłodnieniem i takie, po których ostrożnie zdejmuje się prezerwatywę lub sprawdza, czy dzisiejsze okienko w blistrze tabletek antykoncepcyjnych na pewno jest puste. Jest romantyczny seks, po którym gładzimy sobie twarze i wyznajemy dozgonną miłość oraz ten seks, po którym uprzejmie dziękujemy, wciągamy spodnie i wracamy do siebie. Jest seks za darmo i za pieniądze. Wymarzony i ten, który odbył się za naszą zgodą, ale z perspektywy czasu uważamy, że nie był to najlepszy pomysł.


Seks mogą uprawiać ludzie z genitaliami różnego lub tego samego typu – to nie jest układanie puzzli, żeby koniecznie coś do czegoś włożyć. Seks może uprawiać i podniecony osiemnastolatek, i rozgrzany siedemdziesięciolatek. Osoba po amputacji nogi. Z otyłością. Z zespołem Tourette’a. Ze stwardnieniem rozsianym. Z rakiem i po raku. Jak się domyślasz, na tym ostatnim dość mocno skupię się w kolejnych częściach, kładąc nacisk na osoby z żeńskimi genitaliami, głównie po nowotworach genitaliów – ale nie tylko. Wierzę, że to tekst dla wszystkich.


Seks i rak – czy to się godzi?!


Ludzie z rakiem i po raku mogą uprawiać seks – to chyba najistotniejsze zdanie w temacie seksu i raka. Istnieją osoby, których życie seksualne po chorobie nie zmieniło się, pogorszyło, albo poprawiło. Zależy to od wielu czynników. Najważniejszy z nich to aspekty psychoemocjonalne. Rak, mimo iż potrafi być lwem salonowym, nie należy do typu seksownych kusicieli. Choroba, szczególnie w etapie tuż po diagnozie, odbiera ochotę na seks. Gdy człowiek dowiaduje się, że ma raka, ciężko mu myśleć o wsadzaniu komuś języka do ucha – to logiczne.


Po diagnozie nadciąga leczenie, które samo w sobie nadal nie jest uwodzicielskie, ale to czas, w którym myśli się o swoim życiu w już szerszy sposób. Jeżeli nowotwór wymaga jedynie operacji z dala od genitaliów, uporanie się z kwestiami psychicznymi, najlepiej z pomocą psychoonkolożki lub psychoonkologa, pomoże wrócić do aktywności seksualnej. Jeśli zabieg operacyjny dotyczy żeńskich genitaliów lub do leczenia dochodzi radio- i chemioterapia (alb ma się to wszystko naraz, jak ja), sprawy nieco się komplikują, pojawiają się bowiem stricte fizyczne kwestie i ograniczenia, takie jak przykładowo problemy z nawilżeniem, bóle podczas stosunków (tak zwana dyspaurenia), czy wynikające z zastosowanego leczenia zmniejszenie libido i trudności z osiągnięciem orgazmu. Przy okazji wspomnę o tym, że w przypadku nowotworu genitaliów męskich, sprawy również mogą się skomplikować, dotycząc libido, wzwodu, erekcji i wytrysku.


Fizyczne kwestie to nie tylko te związane z rakiem w obrębie genitaliów. Nowotwory piersi, układu pokarmowego, układu moczowego czy głowy i szyi również wpływają na życie seksualne. Mastektomia, wyłoniona stomia, nietrzymanie moczu czy trwała utrata śliny zmieniają zasady panujące wcześniej w łóżku – nie kryjmy tego. Rak przewraca do góry nogami poczucie własnej wartości. Trzeba nauczyć się na nowo akceptować swoje ciało: z bliznami, bez piersi, często łyse i o zmienionej wadze lub też z workiem wiszącym u brzucha. To trudne zadanie. Także utrata płodności może wpłynąć na seksualną sferę życia, zwłaszcza jeżeli w chwili diagnozy para starała się o ciążę.


Problemy seksualne osób z rakiem to nie tylko te psychoemocjonalne i typowo fizyczne. Są jeszcze te, powiedziałabym, społeczne, takie jak powszechnie panujące przekonanie, że osoba z rakiem powinna skupić się wyłącznie na leczeniu choroby, bo jak to tak, żeby taka łysa, wychudzona kobieta myślała o pomalowaniu ust na czerwono i daniu kilku klapsów swojemu partnerowi lub, nie daj boże, między wlewami, odebrała pieszczoty oralne od swojej partnerki – skandal! I ja miałam etap, że czułam się winna, gdy chciało mi się seksu – bo jak można myśleć o takich pierdołach, gdy ma się na głowie kwestie tak ważne jak leczenie raka?! Całe szczęście, dawno już tak nie myślę.


W obliczu choroby nowotworowej każda relacja przechodzi próbę – także ta erotyczna, romantyczna i mieszana. Często piszę o tym, jak wspaniałym wsparciem był oraz jest mój kochany i kochający Maciek. Psychoonkologia wskazuje jednak na to, że nawet w najbardziej zgodnych i związanych ze sobą parach rak może namieszać – kochający się ludzie nie chcą się nawzajem zranić, co, paradoksalnie, może generować problemy komunikacyjne. Empatyzowanie z partnerem lub partnerką, stojącym czy stojącą w obliczu wielkich zmian także w swoim życiu seksualnym, potrafi być szalenie trudne – „moja najukochańsza osoba miała mnie z perfekcyjnie działającą pochwą i przepiękną fryzurą, bez blizn i strachu, a teraz nie mogę jej tego dać”.


Innym przykrym doświadczeniem jest ewentualne rozstanie w obliczu choroby nowotworowej. Czasem zakończenie związku bezpośrednio dotyczy raka, czasem rzeczy po prostu zbiegają się w czasie, a rak tylko je przyspiesza. Tak czy inaczej, to zdarza się naprawdę nie tak rzadko. Oczywiście mocno oddziałuje to na życie seksualne osoby z rakiem – nie tak łatwo, mając na głowie chorobę, leczenie i wszystko, co z tym związane, otrząsnąć się z rozstania i znaleźć kogoś nowego. Oczywiście, można postawić na jednorazowe spotkania w celach erotycznych, natomiast pamiętajmy, że nie każdy to lubi, no i nie każdy czuje się w porządku, mówiąc „hej, nie zwracaj uwagi na moją łysą głowę i to, że w każdej chwili mogę zwymiotować”. Ludzie bez doświadczenia raka u siebie lub wśród bliskich niekoniecznie zachowują się jak Czytelniczki i Czytelnicy mojego bloga – z otwartą głową, oswajając nowotwór złośliwy i jego leczenie. Niezależnie zatem od sytuacji życiowej, w obliczu raka życie seksualne otrzymuje bodźce, które przepracować musi głowa.


Jeżeli wszystko, co wymieniłam, zadziałało na Ciebie jak zwiastun dobrego thrillera, musimy to zmienić. Po pierwsze, nie warto nastawiać się na takie skutki. Uwierz mi, znam masę osób, które nie doświadczyły większości z nich, a przebyły naprawdę długą onkologiczną drogę. Ja sama jestem po trzech operacjach, dwudziestu kilku sesjach teleradioterapii, dwóch sesjach brachyterapii i czterech wlewach chemioterapii i mimo skrócenia oraz lekkiej atrofii pochwy, a także blizn na brzuchu, mam życie seksualne lepsze niż kiedykolwiek wcześniej – wszystko działa bez zarzutu. Po drugie, na znakomitą większość wymienionych problemów medycyna ma jakieś sposoby. Po trzecie, seks jest tak różnorodną i niesamowitą dziedziną życia, że nawet w przypadku braku dostępności rozwiązania na dany kłopot, wciąż można cieszyć się fizycznymi zbliżeniami, na przykład w nowej, interesującej formie (aczkolwiek oczywiście jest to trudne i wiedzie przez pracę nad sobą i swoim ciałem). No i, po czwarte, pamiętaj, proszę, z rakiem czy bez, wciąż jesteś sobą i zawsze możesz coś zmienić, bądź spróbować czegoś nowego!



Czy kikut pochwy można penetrować? O fizycznych ograniczeniach po ginekologicznym leczeniu onkologicznym


Pamiętam pierwszy seks po zakończeniu radioterapii. Po grzecznie odczekanych trzech tygodniach trzeba było zabrać się do działania. Piszę „trzeba było” – dlaczego? Po naświetlaniu jest tak, że możesz zepsuć coś, zarówno jeśli zaczniesz za wcześnie, jak i jeżeli zbyt długo będziesz zwlekać. Zbyt prędki powrót do aktywności seksualnej to rozciąganie i drażnienie ciała jeszcze niezagojonego – może boleć i się uszkodzić. Opieszałość może natomiast uniemożliwić odzyskanie dawnej elastyczności. Trzeba więc ćwiczyć. Dla osób, które nie chcą lub nie mogą ćwiczyć z penisem, dostępne są specjalne rozszerzacze w kilku rozmiarach. Jest instrukcja, jest lubrykant, jest zalecenie – leci się od najmniejszego do największego, przywracając utraconą elastyczność. Rozszerzacze można próbować zastąpić dobrej jakości dildo, najpierw analnym, bo mniejszym, a później waginalnym (to częsta praktyka, bo oryginalne rozszerzacze trochę kosztują).


Akcesoria te nie są dedykowane wyłącznie osobom nieuprawiającym seksu waginalnego z osobą z penisem. Korzysta się z nich również, jeśli woli się najpierw samodzielnie wybadać sytuację – pierwszy seks po radioterapii jest bowiem dużym stresem. Ja zdecydowałam się na niesyntetyczne rozwiązanie. Pamiętam to jak dziś. Włochy, sierpień, apartamencik w sercu Toskanii. Masa stresu i przerażający strach, czy wszystko tam jest w porządku, czy zadziała, czy wytrzymam ból, czy nic się nie zepsuje. Po chwili jedno było pewne – uf, nie zarosło! Dobra, Czytelniczko, Czytelniku, bez obrazy, ale wychodź z mojego łóżka! Porozmawiajmy o fizycznych ograniczeniach, wynikających z choroby nowotworowej i jej leczenia.


Zacznijmy od operacji. W zależności od rozpoznania, przy złośliwych nowotworach ginekologicznych przeprowadza się dość różne zabiegi. Zwykle jednak wycina się między innymi macicę wraz z szyjką i górną częścią pochwy, zostawiając dwie trzecie długości pochwy lub, jeśli jest taka potrzeba, nieco mniej. To, co zostaje, zaszywa się na górze, tworząc, uwaga, trzymaj się krzesła, tzw. kikut pochwy. Nie poznałam jeszcze syrenki, która nie musiała spożytkować choć trochę energii psychicznej, by przepracować fakt posiadania kikuta pochwy – głównie przez samą jego nazwę! Taki kikut pochwy jest jak palec rękawiczki – ma swój zaszyty koniec.


Jeśli chodzi o gojenie, do penetracji waginalnej można wrócić po około czterech tygodniach. To jednak nie jest powrót jak gdyby nigdy nic. Wszystko zależy od długości kikuta. Jeśli ma on standardowe około dwie trzecie długości pochwy, różnica między nim a całą pochwą jest raczej nie do wyczucia. Z racji rozciągliwości pochwy, żaden penis czy palec (także własny) nie jest w stanie dosięgnąć jej szczytu. Do pełnej penetracji waginalnej kikut musi się jednak rozciągnąć bardziej niż pochwa przed operacją – wiesz, jesteś w stanie założyć na siebie nieco mniejsze rajstopy, o ile będą rozciągliwe. Na szczęście podniecone ciało najczęściej potrafi to zrobić. Po histerektomii często już do końca życia potrzeba więc nieco dłuższych gier wstępnych i powolniejszego rozkręcania zabawy.


Jeżeli, na przykład z powodu typu raka lub jego przerzutów, pochwę skrócono znaczniej, zostawiając przykładowo jej cztery czy pięć centymetrów w głąb, penetracja będzie nieco bardziej problematyczna, zwykle wciąż jednak możliwa, standardowo lub w nieco innej formie, przykładowo dodatkowo wspomaganej ręką. Są także operacje, w których całkowicie usuwa się pochwę. Zabieg waginektomii przeprowadza się chociażby w sytuacjach, gdy nakazuje to rozwinięty rak pochwy. Wtedy o penetracji nie ma mowy, absolutnie jednak nie zamykałabym tematu seksu – z racji zarówno szerokiego wachlarza seksualnych praktyk, jak i wciąż rozwijających się w medycynie możliwości rekonstrukcyjnych.


Nowotwory ginekologiczne często oznaczają także wycięcie jajników. Jeśli po takiej operacji nie możesz stosować hormonalnej terapii zastępczej, niski poziom estrogenu może spowodować mniejszą lub większą atrofię pochwy. Oznacza to, że błona śluzowa pochwy stanie się cieńsza, nawilżenie o wiele słabsze (aktywność gruczołów spada), a elastyczność mniejsza. Menopauza może także spowodować skrócenie i zwężenie pochwy. Każdy z wymienionych skutków menopauzy utrudnia seks. W tym wypadku pomóc może miejscowe stosowanie estriolu, na przykład w formie globulek. Sama, z racji lekkiej atrofii, ale i zapobiegawczo, stosuję takie rozwiązanie – dwa razy w tygodniu wsuwam do pochwy mięciutką, podłużną tabletkę. Lek w ciągu kilku minut rozpuszcza się, wypełniając mnie od środka oleistym płynem. Wbrew pozorom, nic w tym fajnego. Trzeba zabezpieczyć prześcieradło, zakładając spodenki, rano od razu wziąć prysznic i kilka godzin używać wkładek.


Zauważyłam dużą poprawę elastyczności pochwy, choć przyznaję, zdarza mi się zapominać o globulce lub opuszczam dawkę, gdy nazajutrz mam gdzieś jechać. Estriol, jak hormonalną terapię zastępczą, będę pewnie stosować do końca życia. To moje jajniki. Lekarze spierają się w kwestii miejscowego stosowania estriolu u osób, którym grozi hormonozależny rak lub jego wznowa. Badania pokazują jednak, że estriol wchłania się do krwi ewentualnie tylko w pierwszym okresie leczenia, kiedy ściany pochwy są w kiepskim stanie. Potem przechodzące do reszty organizmu stężenie jest tak małe, że niegroźne. Wielu specjalistów obawia się jednak i tego ryzyka. Mój rak nie jest hormonozależny, zatem bez mrugnięcia okiem stosuję zarówno hormonalną terapię zastępczą, jak i globulki z estriolem. To kwestia indywidualna – niezmiennie przypominam, że nie jestem lekarką, a nawet, gdybym nią była, nie stosowałabym przecież zaleceń w formie blogowych tekstów.


Seks a chemioterapia – bez tajemnic


Podczas chemii lub tuż po niej ciało może działać nieco inaczej – wrażliwość sfer erogennych może być zintensyfikowana lub przytępiona, droga do orgazmu – inna bądź nieprzejezdna. Pomocna może okazać się spokojna, pełna zrozumienia dla siebie masturbacja lub uważny seks, weryfikujący wcześniejsze przyzwyczajenia. Kto powiedział, że spokojne leżenie na wygodnych poduszkach i pieszczenie sutków lub delikatny seks oralny to coś nudnego? No właśnie. A może po chwili poczujesz się nawet lepiej?


Jako że leczenie chemioterapeutyczne daje w kość błonom śluzowym, częstym problemem jest brak odpowiedniego nawilżenia. Tu z pomocą przychodzą lubrykanty. Z racji podatności na infekcje, dałabym sobie spokój z cudami, które rozgrzewają, chłodzą, smakują czereśnią lub pachną gumą balonową. Osobiście polecam lubrykanty z apteki lub naturalne olejki – jeśli lubisz. Możesz też użyć płynnej witaminy E, na przykład z przekłutej kapsułki.


Seks w trakcie i tuż po zakończeniu chemioterapii warto uprawiać z prezerwatywą. Powody są aż trzy. Pierwszy to mniejsze prawdopodobieństwo złapania infekcji, której przy obniżonej odporności naprawdę warto unikać. Drugi powód wiąże się z tym, że niektóre, podawane w ramach leczenia substancje, którymi nie powinniśmy się z nikim dzielić, przenikają do wydzielin genitaliów. Trzeci, najbardziej oczywisty, koniecznie musi zostać wypowiedziany. Samo leczenie chemioterapeutyczne, choć często bezlitosne dla płodności, nie blokuje jej stuprocentowo i trwale.


Chemioterapia to specyficzny okres, obarczony trudnymi emocjami i dysfunkcjami ciała, co zwykle, cały czas lub na konkretnych etapach, delikatnie mówiąc, psuje nastrój. Tak jak tuż po diagnozie, tak i w czasie wlewów, możesz po prostu nie mieć ochoty na seks i to jest zupełnie normalne. Warto jednak bacznie obserwować swoje ciało i umysł, żeby nie przegapić momentu, w którym można byłoby wrócić do tego, co sprawiało nam ważną przyjemność.


Na szczęście bowiem, po jakimś czasie zwykle z życia wyłania się, jak lubię ją nazywać, nowa normalność, a wraz z nią libido, fantazje i potrzeba erotycznej bliskości czy wyładowania napięcia. To, czy już wolno Ci uprawiać seks, czy nawet się całować, zależy od stanu Twojej odporności. Jeżeli w moim tekście szukasz jednoznacznej odpowiedzi na pytanie, na co możesz sobie pozwolić – w chorobie, po operacji, podczas i po naświetlaniu czy podczas lub po chemioterapii – nie znajdziesz jej. O to bezwzględnie należy pytać lekarki lub lekarza. Nie wstydź się – to normalna sprawa.


Sądzę, że warto wspomnieć też o endokrynologicznych aspektach leczenia onkologicznego. Po wycięciu jajników lub uszkodzeniu ich chemioterapią bądź naświetlaniem brakuje estrogenu. Hormon ten odpowiada nie tylko za stan pochwy, ale i za libido. Mówiąc wprost, bez tego hormonu ochota na seks może być o wiele mniejsza, nie jest to jednak zasadą bez wyjątków. Mimo obniżonego nastroju w trakcie chemioterapii, różne praktyki i sprytne zabiegi mogą zwiększyć poziom „hormonu miłości”, czyli oksytocyny, oraz dopaminy, która podnosi ochotę na seks. Można również zwrócić się do psychiatry – profesjonalnie dobrane antydepresanty mogą korzystnie wpłynąć na ochotę na seks.


Co radioterapia może zrobić Twojej pochwie?


Naświetlanie rejonów miednicy mniejszej nie pozostaje obojętne dla życia seksualnego. Napromieniowywanie pochwy – bezpośrednio lub przy okazji – ma wiele skutków. Na czas leczenia naświetlaniem i trzy tygodnie po nim dostałam kategoryczny zakaz uprawiania seksu waginalnego. Moje koleżanki-syrenki spotykały się z różnymi zaleceniami w tej kwestii, ale nigdy nie była to dyspensa. Radioterapia – i ta zdalna (teleradioterapia), i brachyterapia – może powodować trzy poważne problemy, mające bezpośredni wpływ na aktywność seksualną.


O możliwym zrośnięciu się pochwy pisałam na początku tekstu. Tu pomóc mogą czułe ćwiczenia, jednak niestety medycyna nic obiecać nie może. Drugie zagrożenie to również wspomniane już przetoki, czyli połączenia między narządami, które zwykle się nie łączą. Dolegliwości te bardzo trudno zaakceptować – nagle z Twojej pochwy wydobywa się mocz lub gazy i stolec. Mimo to można je leczyć – są w Polsce specjalistyczne ośrodki, które w tym się specjalizują. Trzeci możliwy skutek to utrata elastyczności. Brzmi najłagodniej, ale sprawa może być naprawdę poważna.


Na pewno zdarzyło Ci się wziąć z pudełka z gumkami-recepturkami starą gumkę. Próba rozciągnięcia jej zakończyła się fiaskiem – sparciały materiał nie miał już starych właściwości. Podobnie stało mi się kilka razy z wypranymi w zbyt wysokiej temperaturze rajstopami lub skarpetkami. Pochwa jest jak super rozciągliwa pończoszka, a radioterapia może zadziałać jak program do prania bawełnianej pościeli, powodując tak zwane zwłóknienia, zbliznowacenia lub skrócenie czy zwężenie pochwy. Taka pochwa może doświadczać penetracji, jednak prawie nieunikniony będzie dyskomfort lub ból. Żeby tego uniknąć lub choć trochę zminimalizować, warto… ćwiczyć. Z rozszerzaczami, o których też już pisałam. Lub z penisem.


Warto też przygotować się na dłuższe gry wstępne i powolniejsze rozkręcanie zabawy. Tak, użyłam identycznego określenia, pisząc o osobach po histerektomii, z kikutem pochwy. I tak, jeśli masz obie te rzeczy za sobą – histerektomię i naświetlania, a nowotwory typu jajnika, szyjki macicy, endometrium czy jajowodu jajowodu zwykle właśnie tego wymagają – masz podwójne wyzwanie: pochwę skróconą i być może zwłókniałą. Wprowadzenie ćwiczeń w odpowiednim momencie może jednak pomóc, nawet jeśli występują u Ciebie początkowe fazy zrastania się pochwy.


Problemom z elastycznością oraz suchością pochwy można próbować zaradzić także farmaceutycznie. W trakcie naświetlania i kilkanaście dni po jego zakończeniu warto stosować suplementy, które pomogą ratować naturalne nawilżenie pochwy. Zwykle zaleca się kwas hialuronowy w żelu wyciskanym do pochwy bezpośrednio z wygodnych tubeczek, lub globulki o kształcie miniaturowej rakiety kosmicznej i konsystencji zaschniętego balsamu do ciała – te do pochwy trzeba włożyć szybko, bo rozpuszczają się w dłoni. Podczas radioterapii nie jest to łatwe – wsadzenie czubka palca potrafi boleć jak pierun. Po aplikacji polecam założyć wygodne gatki i pędzić do spania, a dokładniej położyć się, zanim żel zacznie lecieć po nogach. Kolejny dzień, a na pewno pierwsza jego połowa, pewnie upłynie Ci z wkładką w majtkach, gdyż to, co się nie wchłonie, będzie wypływać. Ja, szczerze mówiąc, cały okres naświetlania przechodziłam z mięciutkimi wkładkami, gdyż dla moich uwrażliwionych warg sromowych nieprzyjemne były i najwygodniejsze majtki, i dotyk własnych ud, gdy próbowałam chodzić na golasa. To jednak cecha osobnicza – niektóre moje koleżanki-syrenki mówiły, że z wkładką – masakra, a na golasa lub w miękkich figach – znośnie.


Czyli co, podczas radioterapii rejonów miednicy mniejszej jest całkowity zakaz seksu? Penetracji waginalnej – bezwzględnie tak, jednak są przecież inne aktywności erotyczne. Jeśli akurat nie dojeżdża Cię biegunka stulecia i masz ochotę, możesz się zabawić. Proszę, uważaj jednak na to, by nagle nie zaskoczył Cię orgazm życia – podczas radioterapii Twoje genitalia są trochę jak poranione i może to po prostu mocno zaboleć.


Po upłynięciu wyznaczonego czasu warto z kolei powoli, lecz regularnie próbować penetracji lub rozszerzania (w końcu nie musisz traktować tego procesu erotycznie) – o ile oczywiście chcesz. Miejsca poddawane radioterapii stają się bardzo wrażliwe i mogą już na zawsze pozostać delikatniejsze niż reszta ciała. Podczas seksu mogą więc pojawiać się ból czy krwawienia. Z jednej strony, to normalny skutek uboczny, z drugiej storny jednak, mogą świadczyć o czymś wymagającym interwencji medycznej, więc upewnij się u swojego lekarza, czy wszystko jest w porządku.


Jeszcze jedno. Naświetlania sprawiają, że włosy łonowe mogą wypaść. Gdy się o tym dowiedziałam, byłam… zachwycona. Koniec golenia! Wreszcie spokój z zadzieraniem nogi na brzeg wanny i kombinowaniem, jak się nie zaciąć! Niestety, realnemu rezultatowi daleko było do ideału. Wyłysiał jedynie wzgórek łonowy. Wargi sromowe musiałam nadal golić, czego zresztą podczas samej radioterapii praktycznie nie robiłam, by nie podrażnić już uwrażliwionej skóry. Wyglądało to komicznie, jak łonowa wersja typu twarz ogolona, a przy linii szczęki odrastający zarost. Co gorsza, po zakończeniu naświetlania włosy zaczęły odrastać miejscami. Tragikomedia! Do dzisiaj, z powodu odczynu popromiennego, co kilka miesięcy mój wzgórek łonowy, jak jakiś egzotyczny zwierz, zrzuca z siebie część włosów, ukazując nowy wzór z łysych placków. Pytałam o te nawroty swojego radioterapeuty. Odpowiedział, że może tak być, natomiast nigdy, przez ponad dwie dekady jego pracy w centrum radioterapii, nikt mu się do tego nie przyznał. Czemu? Wiadomo – majtki milczenia.



No dobra, ale co z orgazmem?


Gdy na moim Instagramie zadałam pytanie, o czym mam nie zapomnieć, pisząc ten tekst, znakomita większość odpowiedzi zawierała słowo orgazm. Czy można po raku? Czy da się bez macicy? Czemu udajemy? Jak to się dzieje? Czy po naświetlaniu będę mogła szczytować? Tak się wystarałam, pisząc wcześniej, że orgazm to nie clou seksu, a tu taka sytuacja! Nie chcę umniejszać orgazmowi – temu niepoznanemu, magicznemu, narkotycznemu mechanizmowi – więc oddam mu tę część tekstu – proszę bardzo!


Wśród żeńskich genitaliów jest ona – łechtaczka. Guziczek (nienawidzę tego określenia, ale, no, dobra), który jesteśmy w stanie sprawniej lub mniej sprawnie zlokalizować, to trzon łechtaczki, czyli tylko maleńki element, ledwie czubeczek głowy tego cuda – zawierający jednak aż osiem tysięcy zakończeń nerwowych (kto to liczył?!). Czternastocentymetrowa reszta, schowana w ciele, sięga aż za ujście pochwy. Odkrycie (stosunkowo niedawne) tego faktu sprawiło, że ostrożniej posługujemy się terminami „orgazm pochwowy” i „orgazm łechtaczkowy”, upatrując w tych dwóch typach przyjemności różnej stymulacji jednego narządu. W stanie podniecenia łechtaczka doznaje wzwodu, jako że, zupełnie jak penis, ma w środku ciała jamiste, które potrafią wypełnić się krwią. Orgazm jest jak szczyt górski, do którego można próbować dojść kilkoma szlakami: drażnieniem trzonu (czyli tego guziczka), penetracją waginalną (statystycznie, sama rzadko kiedy wystarcza do dojścia na szczyt) lub analną, a nawet stymulacją piersi lub całkiem inną drogą. Fizycznie, szczytowanie oznacza skurcze mięśni i kilka innych szaleństw organizmu, jak chociażby podniesienie tętna.


Chemioterapia i radioterapia (także ta skupiona na rejonach miednicy mniejszej) nie powinny przeszkadzać w drodze do orgazmu, łechtaczka bowiem jest cała. Może być jednak nieco trudniej – z powodów opisanych w poprzednich częściach tekstu. A co z histerektomią, czyli wycięciem macicy? Zasadniczo… żadnych zmian. Wiem, to dziwne, ponieważ orgazm to skurcze także trzonu macicy. Rozmawiałam jednak z wieloma kobietami po histerektomii i praktycznie wszystkim, które potrafiły osiągać orgazmy przed operacją i wiedziały, jak to zrobić, udaje się to również po zabiegu. Owszem, zdarza się, że niektóre osoby mają po histerektomii nieco inne orgazmy, trochę słabsze lub wręcz o wiele silniejsze, jednak sama histerektomia nie jest przeszkodą w ich osiąganiu.


Proszę, pamiętajmy jednak, że orgazm to nie jest żaden mus. Jeśli jest Ci dobrze, przyjemnie, Twoje granice są szanowane, a ciało pieszczone, seks może być cudownym przeżyciem i bez skurczów! Społeczny obraz seksu zafiksowany jest wokół orgazmu – chyba dlatego go udajemy i dążymy do niego, czasem za wszelką cenę. Nie tędy droga. Poznanie swojego ciała i dopasowanie go do ciała drugiej osoby wiedzie przez szczerość, uważność i niefiksowanie się na wyniku. Orgazm jest jak crème brûlée po dwudaniowym obiedzie – jak wjeżdża, to klękajcie, narody, ale bez niego też można się najeść!


Poproszę lubrykant dla mózgu


Pół roku po tamtym toskańskim, sierpniowym stosunku (ach, powinnam pisać romansidła) mojemu życiu seksualnemu nadal daleko było do tego sprzed raka. Każda penetracja oznaczała gigantyczny stres i ból. Bardzo się bałam, że już nigdy nie będzie jak wcześniej. W trakcie rozmowy telefonicznej z koleżanką, która jest fizjoterapeutką uroginekologiczną, zwierzyłam się jej ze swojego problemu. Po upewnieniu się, że moje leczenie nie spowodowało poważnych problemów natury typowo fizycznej, zadała mi proste pytanie: „Aga, a o czym ty myślisz podczas seksu?”. Zamarłam. Uświadomiłam sobie bowiem, że mam obsesję na punkcie zrośnięcia się pochwy oraz określenia „kikut”.


Podczas seksu wyobrażałam sobie ten zaszyty na końcu, malutki, sparciały od leczenia rękawek, który lada chwila może zarosnąć na zawsze. Zbliżenia traktowałam jak eksperymenty medyczne, a nie czas luzu i dobrej zabawy. Moja pochwa była dla mnie czymś nienormalnym, wynaturzonym, może nawet obrzydliwym. Nim miałam okazję przegadać temat z psychoonkolożką, przerobiłam go sama w głowie. Zrozumiałam, że w łóżku nie ma miejsca na rozterki anatomiczne, że warto skupić się na seksie, a nie na raku, a taki kikucik to w sumie może być całkiem elegancką, rozciągliwą, mięciutką saszetką na penis. Zaczęłam myśleć kategoriami „na co mam ochotę” a nie „czy się uda”. Następny i każdy kolejny seks był wspaniały, wręcz lepszy niż przed 2018.


Ta sytuacja otworzyła mi wrota do zaskakującej, choć oczywistej przecież prawdy. Seks to nie tylko nawilżenie, elastyczność i unikanie biegunek, także (lub może zwłaszcza) w chorobie nowotworowej. W seksie wspaniałe jest poczucie bycia osobą atrakcyjną, mogącą podniecać, wodzić za nos, pięknie wyglądać w trakcie odczuwania rozkoszy. Wielu z nas, pacjentek i pacjentów onkologicznych, wydaje się jednak, że daleko nam do bycia rozgrzewającą do czerwoności diwą lub zaklinającym ciała i umysły alwaro. Dlaczego? Odpowiedź na to pytanie znam doskonale. Oczywiście, że tuż po diagnozie, po operacjach i podczas chemii oraz naświetlania czułam się bardzo nieatrakcyjna. Wychudzona, z brzuchem jak balon, co chwilę we łzach, z wymiotami… koszmar. Inne nowotwory i ich leczenie powodować mogą inne objawy: łysa głowa, łuszcząca się skóra, rumienie, opuchlizny, blizny, brak piersi, stany depresyjne i lękowe. To nie pomaga. W dodatku panuje okropne przekonanie, że jedynym problemem i zajęciem osoby z rakiem jest przeżycie. Życie toczy się jednak dalej, ze wszystkimi swoimi obszarami: pracą, zabawą, pasją, seksem. Warto nie porzucać tej sfery, porozmawiać ze specjalistką, specjalistą lub, jeśli to wystarczy, samą lub samym sobą. Jeśli jesteś w stałym związku, nie wykluczaj też partnera czy partnerki z tematu.


Asymilacja choroby nowotworowej wiedzie przez wybaczenie swojemu ciału. Gdy psychoonkolog lub psychoonkolożka pomoże nam to zrozumieć, odnajdziemy w sobie akceptację, a może nawet i wdzięczność wobec swoich kości, mięśni, ud, dłoni, a także pochwy, jajników i macicy, nawet tych utraconych. Ja od trzech lat kocham swoje ciało (no, pewnie jego części raczej akceptuję, ale większość kocham). Dzięki temu do seksu podchodzę jak do święta mojego ciała. Pozwalam mu wtedy rozluźnić się i świetnie bawić. Pomaga mi w tym niezastąpiony Maciek. Całą chorobę i leczenie powtarzał, że pięknie wyglądam, jestem ładna i bardzo mu się podobam. Postanowiłam dołożyć wszelkich starań, by w to wierzyć. W dużej mierze udało mi się to. Doszukiwanie się w jego słowach litości lub kłamstwa nie miałoby dobrych skutków dla któregokolwiek z nas. Dziś żyjemy razem w wyważony i pełen miłości sposób – on, ja i nasze ciała.



Czy przeżyłam coś na kształt… gwałtu?


Na koniec zostawiłam najgorsze doświadczenie z całego mojego leczenia. Nawet teraz, pisząc to, nie jestem pewna, czy powinnam się tym dzielić. Po chemioterapii i dwudziestu kilku naświetlaniach zdalnych, przed wyjazdem do seksownej Toskanii, przeżyłam najbardziej upokarzające chwile w moim życiu. Brachyterapię. Wiem, że czyta mnie wiele osób po tego typu leczeniu i na pewno teraz się zdziwią – znakomita większość moich koleżanek-syrenek określa brachyterapię jako nieprzyjemną, ale bez większych problemów, tak do zniesienia, po prostu. Ale nie ja.


Brachyterapia to również naświetlanie, ale miejscowe, bezpośrednie, dotykające ciała aplikatorem. W przypadku leczenia takiego jak moje, polega to na tym, że kładziesz się na metalowej leżance, Twoje rozchylone nogi zostają umieszczone na wspornikach, a zespół medyczny wprowadza Ci do pochwy walec. Moja brachyterapia była zaordynowana po teleradioterapii, przez co wprowadzanie walca do mojej podrażnionej pochwy było naprawdę koszmarem. Gdy zapłakana, bez sił, wreszcie miałam go w sobie, przymocowano go do leżanki. Od tej chwili ani ja, ani walec nie mogliśmy się ruszyć. Leżałam z nim w sobie jakieś czterdzieści minut, podczas których planowano najbezpieczniejsze i najkorzystniejsze naświetlanie. Leżałam i leżałam . Na metalowej leżance. Z rozchylonymi nogami, unieruchomionymi w górze. Z walcem w pochwie. Walcem, przymocowanym do leżanki.


Z moim ciałem i umysłem stało się wtedy coś przedziwnego. Wszystko się wyłączyło. Przez czterdzieści minut czekania, a później kilka minut naświetlania, nie mogłam się ruszyć i nie chodziło o zalecenia czy unieruchomienie. Nie mogłam ruszyć nawet palcem u ręki. Nie potrafiłam o niczym myśleć. Kompulsywnie liczyłam płytki i świetlówki. Zespół medyczny bardzo o mnie dbał, jednak głęboko w moim wnętrzu działo się coś naprawdę złego. Po zakończeniu zabiegu, w drodze na przystanek, coś pękło. Osunęłam się na trawnik i zaczęłam wyć. Nie wróciłam do ośrodka, by zapukać do psychoonkolożki. Chciałam być sama. Czułam się winna, brudna, jakby ktoś wyjął mnie ze mnie. Rok później, podczas szkolenia psychologicznego, dowiedziałam się, że w bardzo rzadkich przypadkach doświadczenie brachyterapii ma znamiona doświadczenia gwałtu. Super, do cholery. Znów byłam rzadkim przypadkiem.


Po co o tym wspominam? Kolejnym trudnym wspomnieniem chcę podkreślić, że w tym tekście, jak i w całym moim blogu (na co często wskazujecie, pisząc do mnie), nie chciałam ukazać raka jako coś, przez co przechodzi się raz-dwa, wracając do życia seksualnego ot tak. Nowotwór złośliwy to nie choroba, przy której po prostu trochę nie chce się, za przeproszeniem, bzykać (znowu słowo, którego nie cierpię), a potem, z pomocą pierwszego lepszego lubrykanta, wszystko wraca do normy. Pacjentki i pacjenci onkologiczni oraz ich bliscy zmagają się z naprawdę poważnymi problemami seksualnymi: fizycznymi, psychoemocjonalnymi, społecznymi. W takich warunkach trudno jest tak po prostu uprawiać seks.


Czasem zwłókniona pochwa uniemożliwia udaną penetrację seksualną bezpowrotnie – ból jest nie do zniesienia. Czasem pochwa zarasta i nic z tym nie możemy zrobić. Czasem choroba i leczenie sprawiają, że nigdy już nie mamy ochoty na seks lub z jakichś względów jest on zbyt dużym problemem. Znam osoby w takich sytuacjach i nie byłoby z mojej strony rozsądnym wmawianie im i Tobie, że, hej, spróbuj, będzie extra, to wszystko jest w głowie, do dzieła. Nie.


Mimo to pozostanę optymistką w kwestii seksu i raka. Z książek, artykułów, publikacji medycznych i, przede wszystkim, koleżeńskich opowieści osób z rakiem, lekarzy i lekarek, znam dziesiątki historii, w których różnego typu ograniczenia zostały przezwyciężone, prowadząc do życia seksualnego, które można określić jako udane lub wręcz wspaniałe! Jestem tego przykładem: mam kikut pochwy, cztery blizny na brzuchu, z menopauzą radzę sobie hormonalną terapią zastępczą, a nigdy nie czułam się tak seksowna i spełniona seksualnie jak teraz. Nie warto machać ręką na aktywność seksualną, przypisując seks jedynie do prokreacji lub wmawiając sobie, że to w sumie nic takiego ważnego. To Twoje ciało, jego funkcjonalność, jego prawa, jego przyjemność. Nawet jeśli nie planujesz penetracji, gdyż Twój seks z partnerką lub partnerem bądź samodzielny tego nie potrzebuje, warto walczyć o swoją pochwę jako część ciała, po prostu.


Seks to nie jest byle co. To dla większości osób ważny element życia, pozwalający zbliżyć się do kochanej osoby, rozluźnić, zabawić, odciąć od codziennych problemów, poczuć lepiej i atrakcyjniej. Czyż nie tego potrzebuje także osoba z rakiem? Warto, nawet po latach lub w przypadku naprawdę poważnych skutków leczenia, dać szansę sobie i swojej seksualności. Świetnie może pomóc w tym konsultacja psychoonkologiczna, seksuologiczna lub inna specjalistyczna wizyta, także onkologiczna lub ginekologiczna.


Dlaczego napisałam ten tekst? Statystycznie, problemy seksualne stanowią jeden z głównych powodów cierpienia osób z rakiem. Jednocześnie aż 98% moich obserwujących na Instagramie nigdy nie zetknęło się z artykułem, postem, filmem, plakatem lub ulotką na temat jakości życia seksualnego w chorobie nowotworowej. Są takie teksty – przeczytałam ich kilkanaście, przygotowując się do pisania. Jest ich jednak stanowczo za mało. Dokładam więc ten. Ściągając majtki milczenia.



__________


Zapisz się do newslettera

(i bądź ze mną na bieżąco)