Rak kocha poniedziałki

Zaktualizowano: lip 17

O podejściu do czasu




Jak nie urok, to sraczka


Trwa lato – pora roku, w której najpopularniejszym pytaniem jest to o urlop: przed czy po, gdzie, z kim, jak było. Po krótkiej wymianie informacji na temat wyjazdu na Hel bądź w tropiki czas na obowiązkowe narzekanie: „było super, ale, wiadomo, wszystko, co dobre, szybko się kończy – trzeba zejść na ziemię, wrócić na ten padół… koniec tego dobrego”. Zamiast traktować letni wyjazd jako dodatkową przyjemność, gruntujemy powszechnie panujące przekonanie, że urlop to właściwie jedyna wspaniała rzecz w roku. Niektórzy mawiają nawet, że człowiek jedenaście i pół miesiąca tyra, by później odpocząć przez dwa króciutkie tygodnie, z których i tak ostatnie trzy dni są zepsute, bo już myśli się o powrocie do tak zwanej szarej rzeczywistości.


Są jeszcze weekendy, ale one nie wystarczają, bo przecież, zgodnie z powszechnym biadoleniem, ledwo dychniesz, a już trzeba wracać do roboty. Tam czeka na Ciebie to, co najgorsze – poniedziałek. W pogaduszkach z czasem w roli głównej nic nie ma tak złego PR-u jak poniedziałki – nawet ów powrót z urlopu. Twarde lądowanie, zaległe maile, znowu to samo. Wtorek też jest słaby. Środa – również bez szału, bo dopiero połowa. Czwartek, niby zwany małym piątkiem, może i na pierwszy rzut oka tchnie optymizmem, ale, hola-hola, jutro trzeba wstać do roboty. Wydawałoby się, że niedziela, „dzień święty”, mogłaby być bez wad, ale nie – wielokrotnie słyszałam, że nie ma co lubić tego dnia, gdyż zaraz po nim przychodzi on, poniedziałek.


Tak samo nie lubi się końca roku („trudny to był rok”), początku kolejnego („no to pięknie się zapowiada!”), majówki („nie dość, że wypadła pod koniec tygodnia, to jeszcze leje”) oraz własnych urodzin („starość – nie radość, młodość – nie wieczność”). Pozostałe okresy narażają się pogodą lub całą nielubianą porą roku, pechem, nawałnicą roboty bądź nudą, uroczystościami, na które wypada się wybrać oraz wyrzutami sumienia z powodu późnej pobudki lub popełnienia błędu. Nieprzewidziane zdarzenia o czternastej przesądzają o dniu zepsutym już do wieczora. Po rozstaniu uznajemy, że okres związku uznać należy za stracony. Czas zatem ucieka, marnuje się, musi być poświęcany, wiecznie go za mało, trzeba go gonić, a jak już uda się go trochę zaoszczędzić, to przychodzi jakiś zjadacz czasu i pach, znowu lipa. Żeby Cię dobić, wspomnę jeszcze o starości, która czeka na końcu Twojego czasu. Niedołężność, pomarszczona skóra, bycie ciężarem dla bliskich… no same problemy. Niechże ten czas przestanie biec, bo jest żenujący!



Mamy tylko czas


Tymczasem jedyną pewną rzeczą na świecie są nie tylko śmierć i podatki (kolejna dawka optymizmu, nie ma co), ale i… czas, który masz. Ten czas jest ograniczony, lecz nieokreślony – spójrzmy prawdzie w oczy – nie wiemy, czy umrzesz w wieku dziewięćdziesięciu trzech lat, czy w przyszłą środę. Prawdę tę zrozumiałam, przechodząc przez raka. Kiedy podpisałam papiery na temat ryzyka śmierci i czekałam na kilkugodzinną, poważną operację, dopadły mnie podsumowania. Na co przeznaczyłam te trzydzieści dwa lata? Co robiłam w poniedziałki, wtorki i niedziele? Jak podeszłam do danych mi majówek, urodzin, deszczowych dni oraz powrotów z urlopów? Ano tak, jak w poprzedniej części tego tekstu, czyli fatalnie. Wtedy, w szpitalu, obiecałam sobie, że zrozumiem czas. Dziś mogę powiedzieć, że powierzone samej sobie zadanie wykonałam celująco.


Czas jest zasobem – takim jak pieniądze, wiedza zdobyta na studiach czy ilość kromek w chlebaku. Można nim dysponować. Jednocześnie jednak, w przeciwieństwie do innych zasobów, ilość czasu jest nienaruszalna – doba zawsze ma 24 godziny, niezależnie od tego, czy jesteś Billem Gatesem, czy Julią Nowak, czy jest piąteczek-piątunio, czy ów koszmarny poniedziałek, a także czy tryskasz zdrowiem, czy masz rozsianego raka z odległymi przerzutami.


Czas jest jak rzeka – po prostu płynie. Nie da się go zatrzymać, cofnąć, zapętlić czy zmienić jego tempa, lecz można nim dysponować, przeznaczając go wedle uznania. Tak, bo czasu się nie marnuje, poświęca czy goni, tylko przeznacza. Każdej chwili podejmujesz decyzję, co zrobić z kolejną chwilą. To Ty decydujesz, czy pójdziesz do pracy, czy zjesz miskę bobu, czy zadzwonisz do mamy, czy poleżysz jeszcze w łóżku.


Tak, wiem, w tym momencie w Twojej głowie budzi się wielki sprzeciw – przecież to absolutnie nie jest tak, że dowodzę swoim czasem, ponieważ mam obowiązki, których nie mogę sobie ot tak odmówić! Otóż możesz, tylko wtedy przyjdzie Ci zmierzyć się z konsekwencjami. Bo to nie jest tak, że musisz chodzić do roboty – nikt nie związuje Cię i nie wsadza siłą do bagażnika samochodu, by zawieźć Cię do firmy. Codziennie podejmujesz świadomą decyzję: wstaję, biorę teczkę, idę. Czy jesteś w sytuacji bez wyjścia? Nie, istnieją aż cztery rozwiązania. Przede wszystkim, możesz iść do pracy, nienawidząc całego świata, w tym dnia tygodnia, pogody i pory roku. Chyba jednak rozumiesz już, że to beznadziejna opcja. Na szczęście pozostałe trzy są spoko. Możesz nie iść do pracy. Pewnie przyjdzie Ci się z tego tłumaczyć lub negatywnie wpłynie to na Twoje plany finansowe, ale sama świadomość, że możesz po prostu nie iść, daje już pewne poczucie kontroli. Wiem jednak, że to rozwiązanie, choć brzmi jak parafraza powiedzenia o rzuceniu wszystkiego i wyjechaniu w Bieszczady, jest najmniej realne.


Możesz zmienić swoje życie – oto drugie rozwiązanie. To zawsze jest możliwe, ale spotyka największy opór. Zmiany przynoszą wyzwania, zagrzane miejsce wydaje się najbezpieczniejsze, a perspektywa niepewnego jutra jest nie do zniesienia. Uważam jednak, że to znakomity trop. W moim życiu było kilka rewolucji. Ba, niektóre z nich polegały na utracie praktycznie wszystkiego. Po pewnym czasie zrozumiałam, że żaden z tych przewrotów nie skończył się dla mnie tragicznie – było ciężko, ale finalnie moje życie nabierało rumieńców, rozpędu i było bardziej soczyste. Choć burze bywały okrutne, słońce po nich przynosiło życzliwszych mi ludzi, większe przelewy oraz lepsze perspektywy – zawsze. Co więcej, odważę się wyznać pogląd, z którym zwykle się kryję – jeśli masz w swoim życiu choć jedną bliską osobę, skutki zmian w Twoim życiu nie będą nieodwracalnie tragiczne. W swoim życiu, szczególnie tym po raku, namówiłam całkiem sporo osób na odważenie się na wielkie zmiany. Wszyscy ci ludzie mi później podziękowali. Coś musi to znaczyć.


Trzecia opcja to akceptacja sytuacji, w której się znajdujesz. Ta droga wiedzie przez pracę ze sobą, remanent swojego życia, rewizję relacji i audyt sporej części przeszłości. Czasem potrzebna jest profesjonalna pomoc lub chociaż narysowanie kilku tabelek. Osobiście polecam rozwiązanie numer dwa lub ewentualnie trzy, z opcją przeskoczenia na dwójkę w dowolnym momencie. Bo życie jest jedno i, sorry, nigdy nie wiesz, kiedy przyjdzie Ci podpisać papiery, w których stoi, że ta operacja może bezpośrednio zagrażać Twojemu życiu. Wtedy perspektywa przeżycia samych znienawidzonych poniedziałków, nieudanych początków roku i postarzających urodzin będzie nie do zniesienia – wiem, jak tam jest, bo tam byłam.



Czas jak pomidorki


Prowadząc szkolenia w Akademii Siebie, wymyśliłam zabawną metaforę zarządzania swoim czasem jako hodowania pomidorków. Nie wiem, skąd wzięły mi się te pomidory – może na drodze skojarzenia z metodą pomodoro? Chodzi o to, że o rosnące pychotki trzeba dbać: doglądać, nawozić i podlewać. Nie można jednak robić tego w nieskończoność – czerwone, soczyste kulki przejrzeją, w końcu zgniją, a Ty zostaniesz z niczym. Należy zatem w pewnym momencie przestać pracować, usiąść na tarasie i po prostu spałaszować sobie kanapkę z pomidorem i cebulą, wielkie caprese lub, ot tak, jak jabłuszko, schrupać pomidora posypanego solą lub cukrem (tak, tak też można, polecam). Nie warto też zrywać uginających gałęzi warzywek za wcześnie – nie będą jeszcze wystarczająco smaczne.


Jak to przełożyć na czas? Moim zdaniem, warto żyć jednocześnie tak, jakbyśmy hodowali sobie starość – a więc podlewać swoje marzenia, nawozić karierę i doglądać stanu konta – i tak, jakbyśmy jutro mieli umrzeć – nie zapominać o rozkoszowaniu się życiem, odpoczynku, uśmiechu i zagryzaniu szczęścia, posypanego czy to solą, czy cukrem. Skupianie się wyłącznie na dalekiej przyszłości lub życie a’la carpe diem bądź YOLO nie ma sensu – zbyt wiele jest do stracenia. W praktyce zwykle oznacza to zastanowienie się, które partie hodowli własnego życia nadają się do zmiany, pamiętanie o regularnych przyjemnościach i odważanie się, tak po prostu.


Brzmi jak opuszczenie gardy? Być może, jednak, co ciekawe, gdy zaczęłam w ten sposób żyć, stałam się niemożliwie zorganizowana, a w moim życiu pojawiły się sukcesy, pieniądze i odpoczynek – kto by pomyślał? Myślę, że funkcjonujące w mojej głowie stereotypy na temat czasu blokowały mnie przed nieskrępowanym rozwojem, pełną wiary, głęboką pracą i prawdziwie niezobowiązującym, wartościowym odpoczynkiem. Serio!



Czas po raku


Przyznaję się: trzydzieści dwa lata żyłam w poczuciu tracenia czasu na rzeczy niewystarczająco ważne. Zagubiona, mniemałam, że wciąż się nie wyrabiam. Wpadałam w szał, gdy coś psuło moje plany. Marzenia odkładałam w nieskończoność. Bywało, że tkwienie w niedoczasie tłumaczyłam sobie powtarzanymi w sieci rewelacjami, jakoby robienie rzeczy na ostatni moment czy życie w chaosie było domeną ludzi wybitnie inteligentnych. Kiedy budziłam się po dziesiątej, mój humor był nie do odratowania. Dziękuję Ci, raku, że wyrwałeś mnie z tego koszmaru. Zarządzanie czasem nie polega na upychaniu wszystkiego w osiem godzin. Nie chodzi też o bycie jak ten króliczek, co to nosi wodę w łapkach, by podlać swoje marcheweczki, podczas gdy konewka stoi obok, lecz on nie ma czasu jej napełnić, bo przecież musi podlewać.


Od raka praktycznie nie ustawiam budzika. Tak zarządzam swoją energią, że budzę się wcześnie, wypoczęta i chętna do życia (którego przecież mogło nie być). Po przywitaniu się z Maćkiem i psem, przy kubku kawy zerkam w kalendarz. Nigdy nie ma w nim więcej niż dwie, trzy rzeczy na dany dzień. Cała reszta planów czeka na mnie w tablicy, która nie zna dat i godzin. Pogodzona z nurtem rzeki czasu, ometkowane dziedziną i typem priorytetu zadania realizuję w swoim tempie – po pomidorkowemu. Nie lubię wpisywać rzeczy, które nie są spotkaniami z innymi ludźmi, do kalendarza – pachnie to bowiem przekonaniem, że w życiu wszystko da się oszacować i zaplanować, co przecież jest bujdą. Wszechświat nie dopasowuje się do moich oczekiwań i nie mam mu tego za złe, a ja nie lubię mieć wieczorem wrażenia, że z czymś nie zdążyłam. Moja tablica zawiera zarówno sprawy zawodowe, jak i prywatne marzenia – te drugie są przecież przynajmniej tak samo ważne. Pracuję bardzo dużo (tak lubię), jednak nie zajeżdżam się. Wszystko rozpisane jest na realne kroki, które da się po prostu zrealizować.


W jednym momencie zajmuję się jedną czynnością. Nie daję się dystraktorom – mój telefon jest zawsze wyciszony. Odpoczywam regularnie i tak, jak mi pasuje. Wierzę zasadzie Pareto – nie oczekuję, że mój dzień wypełnią wyłącznie przyjemności. Pamiętam, że każda, absolutnie każda czynność wymaga jakiegoś czasu – i napisanie ważnego maila, i przekopanie ogródka, i zrobienie kupy. Moje zasoby są ograniczone, pewnie, ale w ich obrębie samodzielnie podejmuję decyzje. Nic nie muszę. O dziesiątej jadam zdrowe śniadanie. Co dwie godziny oddzwaniam i odpisuję. Miniaturowe czynności realizuję od razu, bez gadania. Znam swoją krzywą energetyczną – wiem, o której napisać tekst, kiedy posprzątać szafę, w jakich godzinach nic kreatywnego już nie wymyślę. W moim czasie nie ma miejsca dla ludzi toksycznych i kompletnie niekonkretnych. Mam gdzieś, że w danym roku nie byłam na wystawnych wakacjach, dziesięć godzin szyłam pokrowiec na huśtawkę, czwarty dzień nie wychodzę z domu czy idę spać po dwudziestej. To ja decyduję o tym, na co przeznaczam swój czas. Czas, którego każda, każdziusieńka chwila jest drogocenna.


A starość? Nie mogę się jej doczekać. Owszem, będę pomarszczona i pewnie niedołężna, ale ów stan będzie dowodem na to, że dobrze zarządzałam swoją energią i danym mi czasem, no i że rak mnie po drodze nie kropnął – bo mimo iż jestem mu wdzięczna za to, że teraz kocham poniedziałki, złe pogody, powroty z urlopów i urodziny, to wolałabym nie przeznaczać już na niego swojego czasu.


Jeśli chcesz poeksplorować ze mną te tematy, spędźmy razem sierpniowy weekend na Pozwól Sobie. Możesz też zamówić szkolenie w naszej Akademii Siebie.



__________


Zapisz się do newslettera

(i bądź ze mną na bieżąco)

408 wyświetlenia0 komentarz