O poczuciu własnej wartości

Zaktualizowano: cze 2

O relacji z samą sobą


Z bardzo bliska przyglądam się twarzy najbliższej mi osoby. Delikatnie przejeżdżam palcami po jej policzku, czując ciepło, miękkość meszku i pojedyncze wypryski. Czy bezwzględnie lubię tę osobę? Czy potrafię jej wybaczać? Czy wystarczająco baczę na jej potrzeby? Na ile rozumiem jej intencje? Czy potrafię beztrosko spędzać z nią czas? Czy przy mnie czuje się sobą? Zabieram rękę. Odsuwam się od lustra.


Od dziecka borykałam się z zaniżonym poczuciem własnej wartości – nie jakoś bardzo zaniżonym, ale jednak. Byłam ekstremalnie wrażliwym, niepewnym i spokojnym dzieckiem, zawsze mającym w pobliżu kochającą mamę, za którą można było się schować. Nie chodziłam do przedszkola, nie miałam rodzeństwa. Nikt nie zabierał mi zabawek, nikt nie odtrącał z grupy, nikt nie ignorował. Przez pierwsze lata życia rosłam sobie przekonana, że cały świat istnieje właściwie po to, by dbać o moje bezpieczeństwo, sprzątać mój różowy pokój i wycierać mi buzię. Byłam wzorową, grzeczną dziewczynką, zasypywaną pochwałami od mamy oraz wszystkich innych dorosłych. Gdy poszłam do szkoły, mamę dość płynnie zastąpiły panie nauczycielki, które również chwaliły mnie i stawiały za wzór grzecznej, bystrej, przykładnej uczennicy, mającej dzienniczek pełen szóstek. Sprawdzian najlepiej napisała Agnieszka Szuścik. Brawo, Agnieszko! Na olimpiadę z matematyki pojedzie Agnieszka. Agnieszka będzie nas reprezentować. Specjalny dyplom otrzymuje… Agnieszka, dziecko, kurwa, idealne!


Kwestie kariery, relacje formalne oraz przyjmowanie pochwał miałam opanowane już jako kilkulatka. Po co więc ten wulgaryzm? W życiu istnieje bowiem coś jeszcze – relacje społeczne. Wcześnie zauważyłam, że towarzysko coś jest ze mną nie tak. Właściwe dzieciom, drobne przytyki czy miniaturowe sprzeczki przeżywałam wręcz traumatycznie. Usilnie poszukiwałam relacji przyjacielskiej, w której będę najważniejsza, zupełnie jak dla rodziców. Mimo najlepszych ocen oraz urody nisko ocenianej w dziecięcych klasyfikacjach (duży nos i wystająca broda), nigdy nie byłam wyrzutkiem, outsiderem czy ofiarą w klasie. Dzieciaki mnie lubiły. Ja – wychowana pod kloszem, wciąż karmiona pochwałami jedynaczka z zawsze wytartą buzią – kompletnie jednak nie potrafiłam odnaleźć się w codziennych relacjach towarzyskich. Czułam się wiecznie niepewna, moje poczucie własnej wartości było zaniżone. Wkrótce zaczęłam podejrzewać, że z tym, że mama mnie tylko i wyłącznie chwali, coś jest nie tak. Entuzjastyczne i ciągłe wzmocnienia od niej stały się dla mnie niewystarczające, może nawet trochę niewiarygodne. Zaczęłam też zauważać, że, skoro jestem taką dobrą uczennicą, oczekuje się ode mnie bardzo dużo, zatem wyhodowałam w sobie ogromne ambicje. Relacje rówieśnicze w grupie, jako zjawisko poznane przeze mnie zbyt późno i będące na drugim planie, za nauką oraz byciem wzorową Agnieszką, były dla mnie źródłem stresu i poczucia zagubienia.


Jako nastolatka i dorosła ukojenie odnajdywałam w grupach alternatywnych, dających silne poczucie przynależności. Znanych mi pochwał szukałam w wycieńczającej walce o światową karierę. Do relacji towarzyskich podchodziłam paranoicznie, po cichutku przekonana, że istnieje jakaś międzyludzka hierarchia, a ja, wciąż pytając innych, czy nadal mnie lubią, muszę upewniać się, że nie jestem na jej dnie. Wręcz obsesyjnie dążyłam do zadowalania ludzi wokół – żeby mnie lubili. Każdego dnia byłam tym wszystkim coraz bardziej wycieńczona. Zaczęłam popadać w bezcelowy pracoholizm i nawiązywać toksyczne relacje. Dziś, patrząc na tamten czas, widzę moje poczucie własnej wartości jako zapłakane dziecko z brudną buzią, czekające, aż ktoś przyjdzie i mu ją wytrze. Jedyną osobą, która mogła to zrobić, była ta miła dziewczyna, której wciąż nie chciałam dostrzec w lustrze.


„Stop!”, krzyknął czerwony ze złości rak szyjki macicy… Fajnie brzmiałby kolejny akapit, rozpoczynający się od takich słów. Ja jednak nie lubię ani personifikowania chorób, ani robienia z raka cudu. To nie rak krzyknął „stop”. To ja. To był mój pierwszy krzyk od urodzenia. Tuż przed operacją obudziłam się i zrozumiałam, że przez całe życie czułam się jedynie odpowiedzią na wciąż rosnące oczekiwania – innych i własne. Że trzydzieści trzy lata definiowałam poczucie własnej wartości jako Pacmana, który musi zjeść wystarczającą ilość kulek i dogadać się z duszkami, by nie stracić jedynego życia.


„Stop!”, krzyknęłam zatem ja sama. Spojrzałam w oczy kobiecie w lustrze. Moment… Tej z nosem i brodą, przez które dzieci w zerówce nazywały ją Babą Jagą? Tej, która wiecznie się myli, ma problem z samodzielnymi decyzjami, zbyt głośno mówi i wiecznie się garbi? Tak, tej. Zajrzałam w głąb niej i wyjaśniłyśmy sobie kilka kwestii.


Zaniżone poczucie własnej wartości to niezdrowy dialog wewnętrzny (czyli z osobą z lustra) na temat siebie oraz swoich zdolności radzenia sobie. Jest skutkiem ubocznym dobrych intencji rodziców, którzy sugerują nam, że istnieją ludzie lepsi i gorsi, a ci drudzy powinni czuć się gorzej, by odróżnić dobro od zła i nie powtarzać własnych błędów. Nakazy, zakazy i lęk, że wydarzy się coś złego, w rezultacie sprawiają, iż wszystko pragniemy kontrolować. Nakładamy zatem różne zbroje: ucznia, córki, brata, osoby niedłubiącej w nosie. Gdy stajemy się dorośli, zbroje te zaczynają nas uwierać i nie pozwalają nam mentalnie rosnąć. Nie pomagają bycie co rusz ocenianymi w mediach społecznościowych i bombardowanymi wizerunkami idealnych ludzi.


Wobec tego, rozpoczynamy syzyfową pracę, która ma pomóc nam w radzeniu sobie z powstałym zaniżeniem poczucia własnej wartości. Pierwszą drogą jest ignorancja, czyli wycofanie się z podejmowania wyzwań, w myśl zasady „jak nie będę iść, to się nie potknę”. Niestety postawa taka skutkuje brakiem osiągnięć, co w rezultacie pogarsza sprawę – popada się w jeszcze większy marazm i myśli o sobie jeszcze gorzej. Druga droga, znakomicie mi znana, to perfekcjonizm: uważam, że jestem fatalna, więc popadam w wycieńczający pracoholizm, by udowodnić sobie i innym własną wartość. Jak nie trudno się domyślić, płynące z takiej postawy wyczerpanie również nie poprawia sytuacji, a także utrudnia osiąganie celów. Pracuje się zatem jeszcze więcej, naiwnie wierząc, że to pomoże. Ale nie pomaga.


Raku, dzięki Tobie wysiadłam z tej pędzącej kolejki górskiej. Przede wszystkim, zrozumiałam, że ludzie nie dzielą się na lepszych i gorszych. Każdemu, niezależnie od wszystkiego, należy się szacunek i empatia – nie trzeba sobie na nie „zasłużyć”. Ja i moje zachowanie to dwie różne rzeczy – mogę akceptować siebie niezależnie od tego, czy w danej chwili mi się coś udaje, czy nie. Ja i przekonania innych to dwie różne rzeczy – mogę akceptować siebie niezależnie od tego, co myślą i mówią inni, z kim spędzam czas, kogo znam. Nie wszystkie relacje są zależne ode mnie. Przyjaźń i miłość mogą być jednostronne – mogę kogoś lubić lub kochać, lecz ta osoba nie ma obowiązku odwzajemniać mojego uczucia. To, że ktoś mnie nie lubi bądź nie kocha, nie znaczy, że coś robię źle, że jestem gorsza niż ktokolwiek inny. Mogę rozwijać pewne zdolności, a innych nie. Mogę być produktywna w jednych chwilach, a w innych wcale. Odpoczynek, kac czy leniuchowanie nie umniejszają mojej wartości. Moje życie pokazało, że potrafię wiele osiągnąć i jestem mistrzynią zmiany. Mam mocne strony. Moje potrzeby nie są warte mniej niż potrzeby innych osób. Moje błędy to nie porażki – one sprawiły, że jestem mądrzejsza i działam skuteczniej. Zwracam uwagę na pozytywne wzmocnienia od innych ludzi, a nie na niekonstruktywną krytykę. Szanuję siebie i innych. Nie pozwalam innym bez przyzwolenia zajmować się mną czy moim życiem. Mam pewien zbiór zasobów, a nie braki. Jestem wolna, mogę być różna, pragnę odważnie marzyć i głośno się śmiać.


Jeśli chcesz, przeczytaj ostatni akapit na głos, zerkając na osobę w lustrze. Te ważne słowa dotyczą każdego człowieka na świecie. Nie musisz przejść przez raka, by móc tak myśleć i czuć się lepiej.


Co ciekawe i mocno paradoksalne, gdy tylko zwróciłam się w swoją stronę, pogłaskałam po własnym policzku i złożyłam broń, to, o co tak usilnie walczyłam, dostałam do ręki, zupełnie za darmo. Nagle okazało się, że mam przyjaciół, o których względy nie muszę zabiegać, że mogę robić karierę zgodną z tym, co czuję, że jestem całkiem ładna, miła, mądra i bardzo fajna. Szczerze lubię tę osobę z dużym nosem i śmieszną brodą. Mój Pacman ma wiele żyć.


Czy teraz moje poczucie własnej wartości ma się świetnie? Pewnie, że nie, to życie, a nie bajka na dobranoc. Wciąż napędzam się pochwałami, za bardzo przywiązuję do oczekiwanych rezultatów i czasem martwię, że ktoś mnie nie lubi. Ale buzię wycieram sobie sama. Albo chodzę z brudną, a co.




__________


Zapisz się do newslettera

(i bądź ze mną na bieżąco)

597 wyświetlenia2 komentarz

Ostatnie posty

Zobacz wszystkie