Nasze wielkie, szalone wesele

O tym, jak wyglądał nasz ślub


Drewniany balkonik zamiast kościoła, wegańska lasagne zamiast kotleta schabowego, prosecco zamiast wódki, vansy zamiast szpilek, techno zamiast „Białego misia”, strona internetowa zamiast drukowanych zaproszeń, koledzy i koleżanki zamiast dalekiej rodziny, nagrody zamiast rzutu welonem… Czy myśmy powiariowali? No i skoro jesteśmy tacy niezależni i jesteśmy razem już osiem i pół roku, to po co nam właściwie ślub?!



Czemu w ogóle się hajtnęliśmy?


Na zostanie mężem i żoną zdecydowaliśmy się z trzech względów. Pierwszy z nich to mój osobisty powód, o którym Maciek kompletnie nie chce słuchać. Otóż chciałam uregulować sytuację prawną między mną a ukochanym na wypadek wznowy raka i mojej śmierci. Zdaję sobie sprawę z tego, jak piorunująco to brzmi, szczególnie na wstępie tekstu na temat ślubu i wesela – ale taka jest prawda. W razie choroby, nie chcę się martwić jeszcze tym, po prostu. Dwa pozostałe powody są – obiecuję – urocze i radosne.


Jeden z nich to chęć spełnienia dziecięcego marzenia. Gdy byłam małą dziewczynką, codziennie zasypiałam, wyobrażając sobie siebie jako pannę młodą. Nigdy nie czułam, by moja interpretacja zamążpójścia była obciążona jakimś uwłaczającym mi stereotypem, więc także jako dorosła osoba nadal chciałam wziąć ślub (choć nigdy nie był to dla mnie jakiś priorytet). Jesteśmy z Maćkiem razem wiele lat, sprawy między nami są poukładane, wiąże nas wspólna historia, pies, firma i kredyt na ćwierć wieku, toteż ślub z pewnością nie był rytuałem przejścia na nowy poziom związku – zresztą nie wierzę, by kilka słów i jedna, szalona doba, rzeczywiście miały taką moc. Ba, obawiam się, że jeśli w relacji coś nie działa, to oczekiwanie, iż ślub to magicznie naprawi, jest naiwne. Drugi powód ślubnej decyzji jest zatem, jak widzisz, nieco rozmyty.


Trzeci fundament jest jednak silny, najważniejszy i momentalnie wywołujący nasze uśmiechy. Otóż chcieliśmy zorganizować… święto naszej miłości, dla nas i bliskich nam osób. Wiesz, coś jak urodziny, szumne spotkanie z okazji zdanego egzaminu czy rodzinna Gwiazdka. Uwielbiamy świętować, jeść pyszności, świetnie się bawić i czuć uroczyście. Uwielbiamy organizować wydarzenia, robimy to zawodowo i hobbystycznie. Uwielbiamy wymyślać, kreować, planować, załatwiać. Uwielbiamy kwestionować tradycje i transponować je na „po swojemu”, by tworzyć rzeczywistość, która do nas pasuje. No i uwielbiamy siebie nawzajem. Postanowiliśmy więc wziąć ślub nietypowy i kreatywny. I spełniliśmy to marzenie w stu procentach!



Jak wyglądało miejsce na wesele?


Miejsca, inspiracji i pomysłów na nasze wesele szukaliśmy trzy lata. Twórcze wizje to nasza specjalność, więc z tym nie było żadnych problemów, ale znalezienie idealnej przestrzeni okazało się nie lada wyzwaniem. Nie zliczę, ile wykonaliśmy telefonów, ile napisaliśmy maili i postów, ile oglądaliśmy ogrodów, restauracji i pałacyków, ile razy zjeżdżaliśmy z drogi, by szukać właściciela pięknie wyglądającego terenu. Dlatego niewiele wspólnego z prawdą miały komplementy typu „cóż za przypadek, że udało wam się znaleźć taki dworek, z takim ogrodem, tak daleko od innych zabudowań, a tak blisko Krakowa”. To nie przypadek. To trzy lata poszukiwań – tak aktywnych, że chyba po prostu nic już nie mogło nam umknąć.


Znaleźliśmy więc miejsce, otoczone gigantycznym, na wpół dzikim ogrodem: łąki, zakamarki, krzewy, drzewa, mostki, alejki, stawik. Tuż przy wjeździe na teren – spory dworek, pełen urokliwych sal, dywanów na ścianach, ciekawych mebli z różnych okresów, pełnych polnych traw wazonów oraz autentycznego malarstwa, jakie znamy z gmachów muzeów. Wszystko dobrze wyposażone, z toaletami i pokojami, których nie wstyd udostępniać gościom. Nieopodal, pośród łąk – maleńki, drewniany domeczek, z mikroskopijną werandą na podwyższeniu. Wszystko to w rękach prywatnych, w takiej odległości od Krakowa, że spokojnie można dojechać taksówką, kilka minut samochodem od urzędu, no i idealnie zgodne z naszą wizją.



Jak to urządziliśmy i udekorowaliśmy?


Było wiele do zrobienia, żeby zorganizować to, co sobie wymyśliliśmy. W wypożyczalniach zamówiliśmy chroniące przed deszczem namioty, okrągłe i prostokątne stoły, krzesła, leżaki. Po znajomości zdobyliśmy nieskończoną ilość białych tkanin i tiulów, buteleczek, słoiczków i słojów, makram i łapaczy snów, plastrów drewna. Ze swojego ogrodu wzięliśmy drewniane skrzynki. Pożyczyliśmy setki metrów zewnętrznych girland i lampek choinkowych. Latarenki zebraliśmy po znajomych. Było to ogromne przedsięwzięcie – całe popołudnia spędzaliśmy w samochodzie, a nasz dom zamienił się w magazyn.


Ze względów ekologicznych, zależało nam na tym, by nie kupować wszystkiego, tylko odpłatnie pożyczyć i oddać. To, co kupiliśmy, z pewnością zostało lub zostanie jeszcze użyte: białe kocyki, kilka kartonów świeczek, dywany, ekran do projektora, bela białej tkaniny na obrusy, wstążki, dwie rolki tiulu i inne takie. Tablicę z napisem „Aga i Maciek witają” oraz drogowskazy, które na miejscu kierowały gości i gościnie w różne obszary imprezy, zrobiliśmy, opalając, zbijając i malując deski z odzysku. Namioty, stoły, krzesła, sprzęt audiowizualny, a także catering i atrakcje to kwestie, które pochłonęły zaskakująco dużo środków finansowych, więc cieszę się, że dekoracje udało się nam ogarnąć po dość preferencyjnych cenach.

Zaczęliśmy zbierać i ogarniać wszystkie te rzeczy około trzy miesiące przed weselem, na spokojnie. Szliśmy według planu, opartego na naszej wizji i palecie kolorystycznej, składającej się z bieli, beżu, jaśniutkiej szarości i kojącego, ale porywającego nas koralu. W wolnych chwilach projektowaliśmy, drukowaliśmy, szykowaliśmy, rwaliśmy polne trawy. Kilka dni przed ślubem zaczęliśmy działać już na miejscu. Poniedziałek przeznaczyliśmy na sprzątanie terenu. We wtorek wbiliśmy drogowskazy, ograniczyliśmy parkingi wstążką na palikach. W kolejne dni rozwiesiliśmy girlandy, materiały, wstążki, makramy, łapacze snów. Poprowadziliśmy kable, starając się ukryć je w krzakach i za specjalnie przyniesionymi pieńkami. Postawiliśmy bramę powitalną, z szyldem, tiulami, pełnymi traw słojami. Śmiesznie było biegać w upapranej farbą flanelowej koszuli, z myślą, że lada dzień będę przechadzać się tamtędy w ślubnej sukni!


Konkretne strefy urządzaliśmy i dekorowaliśmy w środę i czwartek, zgodnie ze szczegółowym planem. Za domem urządziliśmy strefę bufetową: czekający na jedzenie wielki stół pod namiotem z girlandą, wokół stare, drewniane meble i akcesoria, wszystko w polnych trawach i latarenkach. Tuż przy bufecie, pod ścianą domu zrobiliśmy miejsce, by przysiąść – poduchy na paletach. Obok, w miejscu, w którym swoje atrakcje rozłożyć miała restauracja, zorganizowaliśmy strefy luzu: leżaki, kocyki, stoliki z drewnianych skrzynek. Ze strefy bufetowej można było kamiennymi schodkami zejść na zarośniętą zielenią półkę, stamtąd – na kolejną. Na wyższej ustawiliśmy pięć dużych, okrągłych stołów z białymi obrusami i białymi, drewnianymi krzesłami. Między drzewami rozwiesiliśmy girlandę i białe, koronkowe proporczyki. Na niższej półce, pod udekorowanym mnóstwem wstążek, tiuli i światła namiotem, postawiliśmy jedenastometrowy stół. Pokryliśmy go białym obrusem, opierającym się o trawę – a właściwie ciętym z beli materiałem, mocowanym taśmą dwustronną.


Drewniany domeczek przyozdobiliśmy tkaninami, wielką makramą, łapaczem snów, lampionami. Dołożyliśmy drewniane literki ‘M’ i ‘A’, które od zawsze stoją w naszej kuchni. Nie zabrakło słojów z trawami, zerwanych nieopodal jabłek, zebranych pod drzewem szyszek. Przed domkiem, na żwirze, rozłożyliśmy trzy wielkie, zakupione specjalnie dywany, tworząc przytulny klimat i miejsce na pierwszy taniec. Przygotowaliśmy mocowania pod ekran – w nocy domek miał zmienić się w kino letnie. Drogę, która wiedzie z domku, wzdłuż porośniętej trawą skarpy, przez mostek, aż na dancefloor, poprowadziliśmy girlandą i drogowskazami.


Na tańce wybraliśmy łąkę przy stawie, na samym dole. Zagrabiliśmy całą skoszoną trawę, przygotowaliśmy ławeczki z pociętych pni. Pod skarpą stanął namiot, pod nim – stół didżejski. Wszędzie dekoracje i oświetlenie. Dojechał też sprzęt muzyczny i nagłośnieniowy – i tam, i do drewnianego domku. Podłączanie go i prowadzenie pięćdziesięciometrowych kabli tak, by nie przeszkadzały podczas imprezy, było wyzwaniem. W międzyczasie cały teren upiększaliśmy nieskończoną ilością buteleczek z kwiatami i trawami, plastrami drewna, kiściami jarzębin, słoiczkami ze świeczkami, kawałkami tiulu…


Nigdy, przenigdy nie bylibyśmy w stanie zrobić tego sami. To nasi przyjaciele, nasze przyjaciółki i nasza rodzina sprawili, że wizja i plan, które opracowaliśmy, były możliwe. Pamiętam przepełniające mnie wzruszenie, gdy odbieraliśmy torby girland załatwione przez Judytę, gdy zachwycałam się zrobionymi przez Kasię dekoracjami stołów, gdy Karolina stroiła bramę i domek, gdy Basia i Monika docinały materiał na obrus, gdy Adaś i Marcin prowadzili kable, gdy Dominika wybierała kwiaty na giełdzie, gdy Mamy i Tatuś nosili krzesła, gdy Andrzej montował zakrywkę na szybkę w łazience, gdy Patryk wieszał tiule, gdy Olga i Karol organizowali nasz ślubny samochód… Co rusz utwierdzaliśmy się w przekonaniu, że robimy to wszystko nie tylko dla siebie, ale i dla naszych bliskich, którzy są wręcz cudowni.



Co z zaproszeniami?


Na naszych drukowanych zaproszeniach (których rozdaliśmy bardzo niewiele) były jedynie data, adres strony internetowej i hasło. Te trzy informacje większości gości i gościń przekazaliśmy jednak internetowo. Na co dzień dostajemy sporo zleceń tworzenia stron internetowych dla medycyny, więc postanowiliśmy wykorzystać te umiejętności. Nasz ślub miał swoją stronę, na której umieściliśmy oficjalne zaproszenie, odliczanie i wszystkie szczegóły, aktualizowane na bieżąco. Można było kliknąć w pinezkę i przejść do trasy na mapie, pobrać mapkę terenu z weselnymi oznaczeniami, zobaczyć galerię zdjęć z miejsca wesela, przejrzeć program wydarzenia, przeczytać ważne informacje, potwierdzić przybycie, a nawet przeczytać ciekawostki o nas i odpowiedzi na najczęściej zadawane przy ślubie pytania. Tak, jesteśmy szaleni!


Strona internetowa, jak i cały ślub, oparte były na specjalnie stworzonej identyfikacji wizualnej. Narysowałam nasze twarze i dziesięć przedmiotów, które dobrze nas określają – wszystko biało-jasnoszaro-koralowe. Obrazki te były motywem przewodnim również we wszystkich drukowanych treściach: kartach powitalnych z menu obiadowym na stole, tablicach z menu bufetowym, programem ogólnym i programem muzycznym, oznaczeniach pokojów w dworku, kartce ze spisem zawartości koszyczków ratunkowych.



Na stronie internetowej wypisaliśmy decyzje, które podjęliśmy wobec naszego ślubu i wesela. Wydarzenie odbyło się bez udziału dzieci (uważamy, że nasza impreza nie była dla nich odpowiednim miejscem), bez wódki (nie chcieliśmy, by wszyscy byli od razu pijani), bez mięsa (żeby wszyscy mogli jeść to samo), bez konieczności przybywania z osobą towarzyszącą (szanujemy samodzielność singielek i singli). Zapowiedzieliśmy, że każda osoba może przyjść ubrana, jak chce – koktajlowo, elegancko, casualowo, na luzie. Hasłem imprezy, powtarzanym na każdym kroku, było „bądź sobą” – ten pomysł okazał się genialny!





Na nasz ślub zaprosiliśmy najbliższą rodzinę, przyjaciół i przyjaciółki oraz bliskich kolegów i bliskie koleżanki. W sumie sto osób. Wybieraliśmy ludzi nie ze względu na więzy krwi czy sentymenty, lecz patrząc na to, jaką relację mamy z nimi teraz, jak się traktujemy, jak bardzo cieszymy się na swój widok, szanujemy, lubimy, kontaktujemy na co dzień. Naszym marzeniem było to, by moment, w którym wszyscy ustawiają się w kolejce i składają życzenia, był czasem radości z tego, że widzimy kolejną buzię, którą kochamy. Nie wyobrażam sobie musieć się wtedy sztucznie uśmiechać czy nie czuć pewności, że mam przed sobą osobę, która ma wobec mnie czyste intencje, uszanuje i zrozumie naszą weselną krainę, lubi mnie, a w przyszłym tygodniu pewnie się odezwie. Przyznam, że zabrakło nam kilku miejsc dla osób, które chcielibyśmy zmieścić na liście, no i kilkoro gości musiało odmówić, jednak to, kogo zaprosiliśmy, było w pełni zgodne z nami i teraz napawa nas dumą. Nic na siłę, nic, bo tak wypada!



To co, czas na najważniejszą część opowieści?


W piątek obudziliśmy się już na miejscu wesela – nasze mieszkanie oddaliśmy bowiem rodzicom, no i z samego rana mieliśmy jeszcze kilka obowiązków: pootwierać namioty, zdjąć worki z drogowskazów, rozłożyć kocyki itd. Do domu dotarliśmy koło ósmej rano. Zjedliśmy śniadanie i zaczęłam być malowana. Mamom, siostrze Maćka i mnie makijaż robiła Gabi, znajoma, którą znam z pracy – malowała do kilku sesji zdjęciowych mojego autorstwa. Wybrałam mocny, koralowy makijaż i falowane, rozpuszczone włosy. Maciek uczesał się sam, jak zawsze.


To, jak wyglądaliśmy, miesiąc wcześniej po prostu narysowaliśmy. Zgodnie z rysunkiem, założyłam więc moją białą suknię za kilka stówek, białe pończochy, białą marynarkę i przyklejany biustonosz za niecałe dwie dychy. Maciuś – jasnoszare spodnie i marynarkę z sieciówki, białą koszulę, jasnoszare szelki, koralową muszkę i koralowe skarpetki. Oboje wskoczyliśmy w różniące się tylko rozmiarem, bielusieńkie vansy. Uważam, że wyglądaliśmy przepięknie, będąc żywym dowodem na to, że w ślubnym stroju chodzi o pomysł i staranie się, a nie usilne wydawanie grubych tysięcy.


O dwunastej pod nasz dom podjechało białe, stuningowane Subaru. To samochód naszego kolegi, wymarzony na ślub. Przybyła też nasza świadkowa, z własnoręcznie zrobionym wiankiem ślubnym, bukietem i butonierką. Kwiaty pochodziły z giełdy oraz okolicznych pól. W sumie dałyśmy za nie niewiele ponad stówkę. Już wcześniej dołączyli do nas fotograf i dwóch operatorów kamer – to moi znajomi sprzed lat.


Ślub cywilny wzięliśmy w urzędzie. Mamy szczęście, gdyż urząd w naszej podkrakowskiej gminie wygląda zjawiskowo. Poza tym, „wyciągnięcie” urzędniczki na miejsce wesela kosztowałoby nas tysiąc złotych, które woleliśmy ulokować w inną część uroczystości. Na ślubie w urzędzie było niecałe 40 najbliższych nam osób: rodzina, przyjaciele i przyjaciółki. Bardzo się wzruszyliśmy, zostając oficjalnie mężem i żoną oraz nakładając sobie obrączki.


Prosto z urzędu pojechaliśmy na miejsce, gdzie z przystrojonego domku powitaliśmy gości i gościnie. Po wyściskaniu wszystkich po kolei (nasz plan się sprawdził – ogromnie cieszyliśmy się z obecności każdej i każdego!) zasiedliśmy przy jedenastometrowym stole i zjedliśmy obiad: kolorowe hummusy w cykorii z domowym pieczywem i roladką z bakłażana, pikantne gaspacho i krem z zielonych warzyw na mleku kokosowym, lasagne z polenty z grillowanymi warzywami i sosem pomidorowo-imbirowym, krem czekoladowy z pianką. Do picia była lemoniada pokrzywowa oraz wino. Wiele osób widziało się po raz pierwszy (lub drugi po wieczorze panieńsko-kawalerskim czy wspólnym szykowaniu miejsca na wesele), ale ciekawe charaktery ludzi, z którymi się przyjaźnimy, sprawiły, że od razu było przemiło i zabawnie. Jedzenie zamówiliśmy w Chimerze – krakowskiej restauracji, w której byliśmy na naszej pierwszej randce. Był to dla nas wybór i pewny, i symboliczny.


O osiemnastej zaczęli przybywać pozostali goście – prawie sześćdziesiąt osób, naszych dobrych koleżanek i kolegów. Wkrótce wydarzył się najbardziej wzruszający moment całego dnia – odczytanie naszych autorskich przysięg. Wszyscy zebrali się wokół domku, my stanęliśmy na werandzie, wśród tiuli, kwiatów i lampionów. Odczytaliśmy sobie pełne miłości listy, których treści nie wyjawialiśmy sobie wcześniej. Wiele osób płakało… Ten moment transmitowałam na żywo na Instagramie, możesz obejrzeć go tutaj.


Po przysiędze oficjalnie otworzyliśmy górny bufet. Dostępne były dziesiątki dań i przysmaków, pani smażyła na żywo bliny, działała fontanna czekoladowa (o którą Maciek oparł się później marynarką i spodniami!). W starej, żeliwnej wannie wysypanej lodem były napoje butelkowe: piwa kraftowe z alkoholem i bez, cola itp. W karafkach – wina białe i czerwone. Z samoobsługowych kraników – prosecco i piwo. Były też różne lemoniady i woda. Na paterach – mini-deserki, dostępne były też sorbety. Zależało nam, by jedzenie i picie było różnorodne i dostępne cały czas. Przyznam, że na początku nieco obawialiśmy się tego, jak ludzie zareagują na brak mięsa i wódki, ale nawet fani tradycyjnych wesel byli zachwyceni potrawami i napojami. Polecam wegetariańskie imprezy bez wódki każdemu!



Co dalej, w części nieoficjalnej?


O dwudziestej pierwszej, na dywanach przed drewnianym domkiem zatańczyliśmy pierwszy taniec. Sami skomponowaliśmy nasz układ choreograficzny. Zrobiliśmy też abstrakcyjną, dopasowaną do klimatu wesela animację, która wyświetlona na wielkim ekranie, odpowiadała na nasze ruchy. Na górze ekranu pojawiały się kolejne lata naszego życia, a animacja i nasz taniec odwzorowywały to, co się wtedy działo. W momencie, który był symbolem momentu naszego poznania, włączyło się dodatkowe oświetlenie, sterowane małym pilocikiem w mojej dłoni. Układ przećwiczyliśmy w domu tyle razy, że zatańczyliśmy go wręcz z pamięci ciała, kompletnie się na tym nie skupiając… wcześniej nie wiedziałam, że tak można.


Zaraz po tańcu podaliśmy tort, który… zrobiliśmy osobiście. To była jedna z form podziękowania dla naszych gości i gościń. Upiekliśmy pięć moich popisowych tortów tiramisu, dwa z nich składając w pierwszy w życiu tort piętrowy. Torty pokryte były białymi i koralowymi maźnięciami kremem oraz przyozdobione białymi goździkami i gipsówką. Na szczyt piętrowego wetknęliśmy topper z wydrukowanymi, własnoręcznie narysowanymi postaciami Maćka, mnie i Pupka. Było kilka dokładek, więc tort wyszedł pysznie!


O dwudziestej drugiej zorganizowaliśmy podziękowanie dla rodziców i świadków. Rodzicom dodatkowo wręczyliśmy fotomontaże, na których na polu kwitnących słoneczników stoją trzy ślubne pary: my, mama i tata Maćka oraz moi rodzice. Potem nadszedł czas na podziękowanie dla wszystkich, czyli projekcję dwudziestominutowego filmu, który zrobiliśmy specjalnie na to wydarzenie (to było naprawdę mnóstwo pracy!). Film prezentował zdjęcia i ujęcia z całego naszego życia. Materiał zmontowaliśmy pod fragmenty kolejnych ważnych dla nas utworów, dograliśmy też swoje głosy, z humorem opowiadając nasze historie. Po kwadransie pojawiliśmy się na ekranie, by po kolei wszystkich wymienić i podziękować za różnego rodzaju obecność w naszym życiu. Bonusem w filmie była niespodziankowa kompilacja najśmieszniejszych fotografii i filmików z naszym udziałem.


Po projekcji przy domku ruszyła scena karaoke, a na dole zaczęły się tańce. Kto zagrał? No cóż, ponieważ słuchamy z Maćkiem niemainstreamowej elektroniki i wrośliśmy w to środowisko, a Maciek sam od kilkunastu lat gra w klubach jako DJ, chęć zagrania na naszym weselu wyraziło ponad dwadzieścia zaproszonych osób. Grali naprzemiennie, łupiąc wszystkim – od techno do breakcore’u, jednak pierwszy set, kierowany do rodziców, złożony był z hitów lat osiemdziesiątych (choć zagrany przez kumpla, na co dzień oczywiście grającego zupełnie inną muzykę).


O północy zrobiliśmy coś w rodzaju oczepin. Nie chcemy jednak używać tego słowa, ponieważ wyczytaliśmy, że w genezie tego zwyczaju jest gonienie panny młodej, która ucieka, gdyż jest zmuszana do zamążpójścia – nie zamierzamy hołdować takiej tradycji (określenie „panna młoda” też nam nie leży – biorąca ślub może być przecież niemłodą rozwódką). Przerażają i zniesmaczają nas również zabawy, robiące sobie żarty z dystansu fizycznego, seksualności czy opierające się na stereotypach dotyczących kobiety i mężczyzny. Zamiast oczepin, przygotowaliśmy więc trzy niezobowiązujące konkursy: na najlepsze wspomnienie związane z nami (urna stała od dziewiętnastej, a wygrała… moja mama!), wiedzy na nasz temat (były nagrody rzeczowe, wyszła z tego ostra rywalizacja, musieliśmy przyznać remis) oraz między nami, na temat wiedzy z naszej przeszłości (oficjalnie uznano remis, ale tak naprawdę wygrał Maciek). Potem (i wcześniej) była po prostu zabawa: tańce, rozmowy, śmiechy, jedzenie, picie. Do dziesiątej rano.



Koniec wesela – nowym początkiem?


Wszystko już zwinęliśmy, posprzątaliśmy, odespaliśmy. Jesteśmy tymi samymi ludźmi, którymi byliśmy wcześniej. Nasza relacja jest taka, jak wcześniej. Coś się jednak zmieniło, poza naszymi nazwiskami (oboje jesteśmy Szuścik-Zięba – tak, jak sądzimy, jest sprawiedliwie i równościowo), obrączkami na palcach i obłowieniem się cudownymi prezentami: od sztuki po gotówkę (z pomocą naszych rodziców oraz hojnością gości i gościń wyszliśmy dokładnie na zero – jesteśmy przeszczęśliwi!). Czujemy, że dokonaliśmy czegoś wielkiego. Na swoim weselu wielokrotnie usłyszeliśmy, że to wydarzenie dekady, najlepsza impreza w życiu, ślub idealny, przetarcie szlaku pod nowy trend. Kilka osób przyznało, że odzyskało wiarę w miłość, a jedna zaczęła planować oświadczyny.Dziękowano nam, że pokazaliśmy, iż można totalnie po swojemu, jednocześnie elegancko i na totalnym luzie, kreatywnie i inaczej, z zachęceniem wszystkich do bycia sobą.


Na pożegnanie rozdawaliśmy własnoręcznie zrobioną cytrynówkę według receptury z dziewiętnastego wieku (trunek ten ma pewien udział w naszym poznaniu się 8,5 roku temu), pocztówki z odręcznie napisanymi, dedykowanymi podziękowaniami oraz magnesy na lodówkę, które przypominały: „jestem kimś ważnym; wiem o sobie najlepiej; mam swoje prawa; nie na wszystko mam wpływ; robię swoje”. To pociągnięcie dalej hasła przewodniego naszego wesela: „bądź sobą”. Dzięki klimatowi, który stworzyliśmy, widziałam moją mamę, która doskonale bawi się z moimi przyjaciółkami, tańcząc w liliowym komplecie i adidasach. Słyszałam, jak moi znajomi ze świata techno doskonale dogadują się z prorektorem ASP, znakomitym ginekologiem i świadkową, europejską mistrzynią stylizacji paznokci. Ktoś chciał rozłożyć śpiwór przy bufecie i się zdrzemnąć? Proszę bardzo, było. Dwie osoby zabrały barszczyk i świeczkę do dworku, by na antresoli zorganizować sobie randkę? Pewnie, było. Ja i Maciek poszliśmy spać na trzy godziny w środku wesela? Nie ma problemu, wszyscy bawili się dalej. Mama Maćka śpiewała na karaoke, dwie koleżanki ścigały się w jedzeniu blinów. Były koktajlowe kreacje i dresy, techno grane w koszuli, spontaniczne ognisko. Każdy był sobą. I o to chodziło.





Na koniec z wielką radością polecę Ci miłe, profesjonalne osoby i firmy, z których usług korzystaliśmy. To nie jest współpraca sponsorowana czy barterowa, tylko polecenie od serca!


Malowała mnie Gabriela Pyclik: www.instagram.com/pyclikgabriela.makeup

Zdjęcia robił Przemek Paśnik: www.instagram.com/przemekpasnikfotografia

Film robi Łukasz Kermel

Jedzenie mieliśmy od Chimery: www.facebook.com/RestauracjaChimera

Namioty wypożyczyliśmy od WPlenerze: www.wplenerze.eu


__________


Zapisz się do newslettera

(i bądź ze mną na bieżąco)