Moja historia 1/20

Czemu nie byłam 4 lata na cytologii?



To nie tak, że specjalnie nie byłam u ginekologa przez cztery lata – przecież nikt tego nie liczy… Nic, co dziś uważam za objawy raka, wtedy nie budziło moich podejrzeń. Zmęczenie wieczorami? Pewnie przepracowanie. Czasem mocniejsze upławy? Taka uroda. Dwa razy ociupina krwi po stosunku? Zwykłe otarcie. Żadnego bólu czy czegoś, co mogłabym uważać za powtarzające się. Żyłam więc w przekonaniu, że jestem zdrowa. A trochę działo się w moim życiu. Marzyłam o karierze filmowej i fotograficznej, ciężko nad nią pracowałam. Dni spędzałam, kręcąc teledyski dla wschodzących gwiazd rocka i hip-hopu, cykając fotki portretowe w firmach, ucząc innych Photoshopa, montażu filmowego i efektywnego życia jako artysta. Od trzech lat miałam świetnego chłopaka i psa – z racji ilości pracy, niewiele czasu spędzaliśmy jednak razem. Wynajmowaliśmy mieszkanie na krakowskim blokowisku. W wolnych chwilach organizowaliśmy imprezy techno.



Wtedy, wiosną 2018, drzwi balkonowe naszego mieszkania wykleiłam małymi karteczkami, na których widniał plan dokończenia mojego doktoratu na Łódzkiej Filmówce. Inspirowany serialem „Black Mirror” projekt, składający się z piętnastu ogromnych fotomontaży, futurologicznie analizujący ważne wartości w obliczu rozwoju cywilizacyjnego, był już w druku. Jedno ze zdjęć przedstawiało kobietę umierającą na raka. Inne – skutki przepracowania. Niezły przypadek, prawda? To jeszcze nic. Do 2018 zorganizowałam kilka festiwali charytatywnych, przekazując znaczne kwoty dla pacjentów onkologicznych, głównie tych najmłodszych. Ba, na jednym z przedmiotów przedstawiałam studentom projekty fotografów, którzy sztuką pomagali sobie w przechodzeniu przez trudne chwile, w tym raka. Temat choroby nowotworowej jakby się czaił…


Pewnego razu, kilka dni przed wernisażem mojej wystawy doktorskiej, postanowiłam pójść po receptę na standardowe tabletki antykoncepcyjne. Pani doktor, polecana na internetowych grupach i bardzo miła (choć momentami dziwnie oschła, szczególnie w temacie tatuaży i kolczyków), zapytała, kiedy miała miejsce ostatnia wizyta z cytologią. Dopiero wtedy zaczęłam liczyć. Cofałam się w czasie, cofałam, dodawałam, dodawałam i w końcu wyszły mi cztery lata. Zaskoczyła mnie ta suma, choć przecież, skoro byłam zdrowa, nie widziałam potrzeby zapisywania się na badania – tak rozumowałam.


Gdy leżałam na fotelu, a pani doktor pobierała mi wymaz na cytologię, padło krótkie „jest krew”. Spytałam, czy to źle, na co usłyszałam, że to objaw niepokojący. Ta zakrwawiona szczoteczka, którą widziałam na własne oczy, wtedy wydała mi się jednak absolutną błahostką. Wszystkie dotychczasowe sygnały, włącznie z tym, nie świadczą przecież jednoznacznie o raku, absolutnie! Lekarka powiedziała, że zgodnie ze swoim zwyczajem, da mi receptę, natomiast z wykupieniem tabletek mam zaczekać dwa tygodnie, aż przyjdzie wynik cytologii. Jeśli badanie wyjdzie w porządku, nie będzie dzwonić, a ja będę mogła iść do apteki. W innym wypadku, zadzwoni.


Czternaście dni po wizycie, we wtorkowe popołudnie, wyjęłam z szuflady receptę z zamiarem wykupienia leku nazajutrz. Kilka chwil później przyszedł wieczór. Doskonale go pamiętam. Było wyjątkowo ciepło, jak na kwiecień. Okna w mieszkaniu były otwarte na oścież. Szafir zmierzchu kontrastował z ciepłym tonem lampy podłogowej w dużym pokoju. Oglądaliśmy jakiś film. Zadzwonił telefon. Najgorszy telefon w moim życiu.


Jak do tego doszło? To bardzo proste. Dziś, mówiąc o profilaktyce praktycznie co dnia, wyjaśniam to za pomocą mojej autorskiej metafory drogi. Kroczymy nią, truchtamy, pędzimy… Prosto do celu, jakim jest nasza wymarzona wizja przyszłości. Niedaleko przed nami widzimy obraz zrealizowanych planów, jakie mamy na ten miesiąc. Dalej na drodze życia czekają awanse w pracy, opanowanie języka obcego, dobry samochód, domek z ogródkiem, sukcesy dzieci, spokojna starość. Wierzymy w powodzenie tych zamiarów, więc całą energię przeznaczamy na poruszanie się w przód. Śmigając tak tą drogą życia, czasem zerkamy w tył, by wyciągnąć wniosek z przeszłości, czasem w bok, na bliskich. Dlaczego jednak nie patrzymy… pod nogi? Nawierzchnią drogi życia jest zdrowie – tak to widzę. Jak nie patrzysz pod nogi, możesz się przewrócić. A wstać nie zawsze łatwo…


Czy jesteśmy głupi, że tak mamy? Czy to nasza wina? Nie. Skupiamy się na celu drogi, bo chcemy rozwijać siebie i nasze życie. Wychowując nas w poszanowaniu inwestowania w siebie, rodzice nie chcieli źle. Skutkiem zafiksowania się na przyszłości jest jednak bagatelizowanie teraźniejszości, w której kryje się zaskakująco dużo trików na to, jak tę przyszłość uczynić lepszą, a czasem nawet… w ogóle możliwą. O tych trikach, o tym, co usłyszałam przez głośniczek telefonu i o tym, jak z tamtego wieczoru znalazłam się tu, gdzie jestem – opowiem w kolejnych wpisach z tego cyklu. Tymczasem zostawiam Cię z inspiracją do konserwowania drogi swojego życia…



__________


Zapisz się do newslettera

(i bądź ze mną na bieżąco)