Krab na pianinie, rak na organach

Aktualizacja: kwi 21

O żartowaniu z raka


Dwa miesiące przed śmiercią M. czuła się już bardzo źle. W jej ciele agresywnie walczyły rak i chemioterapia. Obrywała rykoszetem ciosy z obu stron. Czuła się fatalnie. Na nic nie miała siły. Nie chciała rozmawiać, praktycznie nie wychodziła z domu. M. zawsze była wyjątkowo piękna. Miała eleganckie rysy twarzy i fascynujący wyraz oczu. Opuchlizna oraz brak włosów zaszkodziły rysom, jednak to elektryzujące spojrzenie zostało jej do prawie ostatnich dni. Było w M. coś jeszcze ostrzejszego niż ten wzrok. Poczucie humoru. Jak żyletka. Swoimi niebywale trafnymi ripostami M. przecinała czas, robiąc w nim wyrwę, momentalnie wypełniającą się salwami śmiechu, delikatną reorganizacją porządku sytuacji oraz uzupełniającą refleksją.


Kupiłyśmy z syrenkami mnóstwo rzeczy, niekojarzących się z rakiem: kosmetyki, książki, miłe drobiazgi i smakołyki. Zapakowałyśmy je do wielkiej, kolorowej torby i przyozdobiłyśmy pękiem balonów. To była niespodzianka, z dwóch powodów. Po pierwsze, niespodzianki są super. Po drugie, w tym stanie M. nie zgodziłaby się na odwiedziny. Ponieważ szalała druga fala pandemii, prezent przekazałyśmy przez siostrę, od początku pozostającą z nami w niespodziankowej zmowie. Żeby zobaczyć M. i chwilę z nią porozmawiać, weszłyśmy na niewielkie pagórek pod jej oknami i zadzwoniłyśmy do niej. M. wyszła na balkon. Gadałyśmy prawie godzinę, mówiąc do telefonu, a patrząc do góry, na koleżankę na balkonie trzeciego piętra. Pamiętam, że śmiałam się tak, że aż ciekły mi łzy. Czy tylko ze śmiechu? Nie wiem. Wtedy widziałam M. po raz ostatni.


Z czego tak się śmiałyśmy? Z przeróżnych żartów. Najlepiej zapamiętałam jednak hasło o warkoczu. Rozbawiona sytuacją rozmowy „z balkonu”, M. powiedziała coś w stylu „spuściłabym wam warkocz, jak w bajce, no ale akurat go nie mam”. Śmieszne, prawda? Kilka miesięcy wcześniej byłyśmy całą grupą syrenek na weekendowym wyjeździe w Lanckoronie. Przy popołudniowym winie (M. brała wtedy tabletki, po których nie mogła pić alkoholu, więc zaordynowała, że z winem nie możemy czekać do wieczora, tylko musimy zacząć natychmiast, by zdążyć przed godziną przyjmowania leku) rechotałyśmy, wyobrażając sobie karierę córki M. jako osoby wykonującej makijaże pośmiertne, bo przecież w naszej grupie miałaby stały dopływ klientek. Ale się wtedy śmiałam! W grudniu, po pogrzebie M., na nieformalnej, syrenkowej stypie, marszczyłyśmy słone od łez policzki, rżąc z perspektywy założenia gangu, który będzie dostarczał zwłok zakładom pogrzebowym. Ponieważ po operacji większość z nas ma kikut pochwy, okrzyknęłyśmy się Gangiem Kikuta. Masz raka? Uważaj! Gang Kikuta już czyha na Twoje ciało!



Dwa lata wcześniej, kiedy dowiedziałam się, że jestem chora, ogłosiłam wszem i wobec, że możemy żartować z mojej choroby – w końcu zawsze uwielbiałam mroczne żarty i potrafiłam śmiać się ze wszystkiego. Miałam nadzieję, że niebranie raka na serio pozwoli mi zbudować dystans i nabrać sił. Wobec takiej mojej postawy, zaczęły napływać do mnie GIF-y i dowcipy. Po co pacjent onkologiczny jeździ na plażę? Żeby przyzwyczajać się do dotyku piachu. Gdzie raki zimują? W hospicjum. Co jest gorsze niż krab na pianinie? Rak na organach. Gdy przeczytałam kilka takich żartów… rozpłakałam się. Nagle zrozumiałam, że wcale mnie one nie śmieszą. Poczułam się koszmarnie: zagubiona, niezrozumiana, niepewna, zagrożona. „To wcale nie jest śmieszne! Jestem chora! Mogę umrzeć!”, wyrzucałam z siebie w histerii. Dokładnie w tamtym momencie przestałam wypierać diagnozę. Rozpoczął się powolny, bardzo bolesny proces asymilacji choroby.


Dopiero gdy pogodziłam się z faktem, że mam nowotwór złośliwy i kiedy przeszłam przez ewolucję myślenia na temat życia oraz śmierci (brzmi bardzo patetycznie i takie też było), nabrałam zdrowego dystansu. W pierwszej fazie po diagnozie postawa „żartujmy o raku” była udawaniem, że wszystko jest OK. Za fasadą pozorów bycia silną i zdystansowaną kryła się mała, wystraszona Aga, która odwraca wzrok od przerażającej rzeczywistości. Dopiero po wielu długich godzinach rozmyślań oraz rozmów z bliskimi oraz z psychoonkolożkami, gdy pożyłam już trochę z chorobą, przyszło pewne wyważenie. Czy fakt, że dowcipy o raku dziś bawią mnie do rozpuku, nadal ma znamiona udawania? Możliwe, że tak, jednak w znikomym stopniu, bowiem nie czuję, że w ten sposób odbieram rakowi powagę lub odsuwam go od siebie. To bardziej tak, że choroba stała się częścią mojego życia, więc podlega takim samym procesom, jak inne jego dziedziny.


Grupa wsparcia, do której należę, jest dowodem tego, co opisałam w poprzednich akapitach. Nie wyobrażam sobie, by któraś z nas, syrenek, pozwoliła sobie na żart o piachu wobec osoby, która właśnie mierzy się z diagnozą. Nie chichramy się również z zimowania raków w hospicjum w obliczu ostatnich miesięcy życia koleżanki. Poza tymi sytuacjami jednak zanosimy się ze śmiechu, przy winie i szarlotce planując działalność Gangu Kikuta. Domyślam się, że osoby „z zewnątrz” może to przerażać. Nam jawi się jednak jako normalne, gdyż doświadczenie choroby, która w każdej chwili może wrócić w terminalnej formie, to coś, co ma każda z nas, syrenek. Właśnie po to, między innymi oczywiście, są grupy wsparcia – by wygenerować nową normalność, najlepiej pełną swobody, uśmiechu i poczucia, że z tym wszystkim da się jakoś żyć. Czy riposta „stara, co ty gadasz, chyba masz już przerzuty do mózgu” to przesada? W naszym gronie absolutnie nie.


Gdy byłam na Terapii Simontonowskiej (szkoleniu psychoonkologicznym dla pacjentów onkologicznych), prowadząca ją psychoonkolożka wróciła do sali z którejś przerwy, dowcipkując: „a co tu tak wesoło? Ja wam przypominam, że chorujecie na śmiertelną chorobę”. W związku z tym, że przerobiliśmy już sporo materiału i w grupie panowała atmosfera nadziei oraz apetytu na życie niezależnie od dokumentacji medycznej, wszyscy wybuchliśmy śmiechem. Prowadząca, profesjonalistka w każdym calu, doskonale wiedziała przecież, co robi. Pamiętam, że gdy powtórzyłam ten żart mojej mamie, była przerażona. Zareagowała zmieszaniem, poczułam, że za takie śmieszkowanie ma ochotę mnie wręcz zganić.


Czy śmiech to naprawdę zdrowie? Także w grupie osób śmiertelnie chorych? Badania mówią, że śmiech faktycznie leczy. Rechocząc, dotleniasz organizm, gdyż nabierasz trzy razy więcej powietrza. Zwiększają się koncentracja oraz zdolność zapamiętywania. Gwałtowne skurcze przepony oczyszczają płuca ze szkodliwych substancji. Rżąc, zwiększasz odporność, ponieważ produkujesz więcej limfocytów T, które niszczą wirusy. Wyrzut endorfin działa przeciwzapalnie, a hamowanie wydzielania adrenaliny i kortyzolu zapobiega obniżaniu odporności organizmu. Chichocząc, rozładowujesz skumulowane emocje. Parskając, gimnastykujesz mięśnie twarzy. Chichrając się, spalasz kalorie. Co jednak dla mnie najważniejsze, śmiejąc się, pobudzasz do działania 27 rodzajów genów odpowiedzialnych za eliminowanie komórek nowotworowych. Śmiejąc się, ćwiczymy odczuwanie radości i udowadniamy sobie, że możemy bez wysiłku zanurzać się w szczęściu, niezależnie od zasobów, diagnozy, stanu konta, ilości obowiązków czy pogody. Istnieje nawet joga śmiechu, traktująca śmiech jako lekarstwo i pomoc w radzeniu sobie z wyzwaniami. Można zapisać się na zajęcia i śmiać się do rozpuku.



No to jak w końcu, kto i kiedy może żartować z raka? Nie ma jednoznacznej odpowiedzi na to pytanie. To nie tak, że chorzy mogą, a inni nie. Albo że wszyscy powinni spadać z krzeseł ze śmiechu, gdy słyszą o Gangu Kikuta. Nie wszyscy lubią te same żarty. Mamy różne poczucia humoru. Nie każdy doświadczył choroby nowotworowej u siebie lub w swoim otoczeniu, ale to nie odbiera mu możliwości żartowania, z czego chce. Nie wszyscy pacjenci onkologiczni lubią śmiać się z raka. Na niektórych etapach choroby nie wypada nawet próbować żartować. Dla niektórych osób śmianie się z nowotworów to rzecz po prostu nie do pomyślenia. Polecam zatem, jak zawsze, szczerą i empatyczną komunikację. „Co myślisz o żartach z raka?” – to proste i bezpieczne pytanie. Jeśli spytasz mnie, odpowiem, że uwielbiam śmiać się ze swojej choroby, ale dopiero odkąd ją zasymilowałam. Czuję też, że poza gronem syrenek i ich najbliższych dowcipy tego typu nie do końca się udają. Czasem mam również niepokojące wrażenie, że przesadzamy, bo rechoczemy z czegoś, co może nas zabić. Że nie wypada. Wtedy jednak przypominam sobie, iż to żartowanie z raka sprawiło, że gdy myślę o M., przede wszystkim pamiętam nie straszne etapy żegnania się ze światem i niedającą się zatrzymać chorobę, tylko te intrygujące oczy, tak często zmrużone ze śmiechu i tamten wyborny żart o spuszczanym z balkonu warkoczu.




__________


Zapisz się do newslettera

(i bądź ze mną na bieżąco)

Ostatnie posty

Zobacz wszystkie