Kiedy kamuflaż przechodzi w dialog

O pielęgnacji skóry, włosów i paznokci


Kiwi i arbuz – pyszne i zdrowe

Powierzchnia ciała a umysł


Powierzchnia ciała, jego zewnętrzna, widoczna część, to skóra, włosy i paznokcie: cera na czole, pomarszczony łokieć, naświetlana skóra brzucha, opadające na ramiona kosmyki, odrastające pod pachami igiełki, paznokieć z zadziorem obok. Obrzydliwy dowcip mówi, że gdy bóg stworzył tych pierwszych dwoje, na mężczyznę zerknął z dumą, a do kobiety rzekł: „ale ty to będziesz musiała się malować”. Nie mieści mi się w głowie, jak kogokolwiek może śmieszyć taki poziom szowinizmu i chamstwa. Z drugiej jednak strony, idea tego okrutnego żartu przyświecała mi przez znakomitą większość życia. Przed rakiem obchodziłam się z moim ciałem tak, jakbym przede wszystkim chciała je zakryć. Najważniejszymi kosmetykami były te, które maskują: farba do włosów, gruby eye-liner, kryjący podkład, pachnące masełka do ciała. Stosowałam kamuflaż, bo prawdziwa ja wydawała mi się po prostu zbyt brzydka, by móc pokazać się publicznie. Farba do włosów miała zakryć nijaki kolor włosów i odwrócić uwagę od drutowatych, suchych jak wióry końcówek. Zadaniem podkładu było przemilczenie brzydkich wyprysków. Masełka do ciała były po to, by zniwelować jej odwieczną suchość i ukryć zapach skóry – może śmierdzę?


Rak radykalnie zmienił moje podejście do pielęgnacji swojego ciała – w końcu właśnie przez to, że uciszałam swoje ciało i byłam ślepa na jego potrzeby, otarłam się o śmierć. Postanowiłam więc usiąść z nim, ciałem, przy stole i wreszcie dać dojść mu do głosu. Przed rakiem myślałam o moim ciele stereotypowo – jego zadaniem było jak najbardziej przypominać instagramowo-okładkowe ideały. Gdy tylko odważniej zbaczało z wąskiej ścieżki wiodącej do niemożliwego, zaskakując mnie pryszczem lub włosem, wściekła przywoływałam je do porządku, maskując to, co nie spełniało moich utopijnych oczekiwań. Wszelkie komplementy traktowałam jak pustą w środku kurtuazję.


Ruch body positive sprawił, że na chwilę poczułam się lepiej. Szybko jednak w dyskusjach w nurcie ciałopozytywnym nader często zaczęłam napotykać komentarze sugerujące, że w takim razie swoje ciało obligatoryjnie trzeba kochać, a mocny makijaż czy labioplastyka, jako skutek społecznego nacisku, powinny być bezwzględnie zakazane. Poczułam presję – znowu coś muszę, powinnam, nie wolno, trzeba. Taka interpretacja oczywiście przeczy inkluzywnej z natury ciałopozytywności. Nie mogłam się jednak od niej opędzić. Wtedy odkryłam ciałoneutralność, opartą na nieocenianiu żadnych ciał w ogóle oraz uważności wobec każdej cząstki swojego organizmu. Zrozumiałam, że to jest to: kompletny brak oceny otwiera drzwi wolności, bo i krytykowanie nie boli, i komplementowanie nie zawstydza, a uważność pozwoli mi wreszcie wsłuchać się w swoje ciało i tam, przy stole, gdy wreszcie już z nim usiądę, dać mu swobodnie się wypowiedzieć. Więc siedliśmy. Ja i ono. Wreszcie odkryłam je przed samą sobą. Zaczęło mówić od razu:


„Drogi umyśle… Ja, ciało, jestem Twoim partnerem, a nie pracownikiem. Nie będę więc takie, jakie mi każesz. Ponieważ jednak tylko razem możemy spełniać nasze marzenia, pracować i odpoczywać, ba, bez siebie nie istniejemy, to warto byłoby się wreszcie dogadać. Tak jak i Ty, umyśle, masz swoje zasoby, możliwości, pragnienia oraz związane z relacjami społecznymi praktyki, tak i ja je mam – podobne, lecz nieidentyczne. Działam i wyglądam w konkretny sposób, który w szeroki lecz ograniczony sposób można modyfikować. Nie jestem piękne lub brzydkie, dobre lub złe, młode lub stare – nie oceniaj mnie. Jestem i tyle – to musi nam wystarczyć. Przyjrzyj mi się dokładnie. Nie zwalaj na mnie winy, tylko otwórz się i poczytaj o tym, jak naprawić mnie oraz naszą relację. Nie udawaj, że nie istnieję, tylko wsłuchaj się we mnie. Zaakceptuj moje istnienie. Potraktuj mnie nie jak problem i przeszkodę, tylko coś, co Ci pomaga. Nie każ mi dla Ciebie pracować, zawalając mnie terminami i nie bacząc na moje kompetencje – współpracujmy w dobrej atmosferze. I proszę, umówmy się, że od teraz każdą decyzję będziemy podejmować wspólnie”.


Co powiedziałoby Twoje ciało, gdybyś siadł_a z nim przy stole? To samo? Czy może miałoby do Ciebie więcej żalu? Jak czuł_a_byś się po tej rozmowie? Ja byłam zawstydzona i zakłopotana. Zaczęłam czytać o ciele i tym, jak działa. Odkryłam świadomą pielęgnację. Zdecydowałam się na zmianę moich łazienkowych zasobów. Pochyliłam się nad składami wypisanymi na etykietach. Uwierzyłam w swoje ciało. Po wielu latach wreszcie zaakceptowałam jego powierzchnię.


Tu kręcę włosy metodą na pasek od szlafroka. Nie wyszło.

Powierzchnia ciała a rak


Przyznam szczerze, że mój zwrot w stronę świadomej pielęgnacji to wynik nie tylko zdrowszego myślenia, ale i nowych, typowo fizycznych potrzeb. Po chemioterapii moje włosy bardzo się przerzedziły. Moja skóra stała się niemożliwie sucha oraz wrażliwa, czasem piekła i swędziała. Naświetlanie spowodowało tkliwość i wrażenie poparzenia. Nie tylko leczenie, ale i sama choroba trochę zepsuła moje ciało. Powierzchni mojego ciała nie oszczędziła też menopauza – mimo iż stosuję hormonalną terapię zastępczą, brak jajników daje o sobie znać właśnie suchością skóry.


Każde leczenie onkologiczne wpływa nie tylko na samego raka, lecz również na zdrowe tkanki. Skóra, włosy i paznokcie często na tym cierpią, stając się, jak cała reszta organizmu, słabsze. Nie będę szczegółowo pisać o osutce plamisto-grudkowej, zmianach rumieniowo-obrzękowych, ogniskach hiperkeratozy czy ścieńczeniu płytki paznokciowej, jednak, tak, wszystkie wymienione mogą być skutkami ubocznymi leczenia. Osoba z rakiem pozostaje sobą – nie wyparowują z niej marzenia, potrzeba bycia atrakcyjną i pragnienie realizowania swojego wizerunku w określony sposób – nie podchodźmy więc do zagadnień pielęgnacyjnych w sposób „to nieważne, skupmy się wyłącznie na leczeniu”.


Szczególną pielęgnację skóry warto wprowadzić od razu, najlepiej możliwie szybko po diagnozie: nawilżenie i natłuszczenie skóry, preparaty łagodzące, nic wysuszającego, krem z filtrem, unikanie opalania, trzymanie się z dala od mydeł. Warto regularnie wytwarzać ochronny film, stosując oleje roślinne bogate w nienasycone kwasy tłuszczowe. Nie zaleca się kosmetyków, które zawierają alkohol lub mogą alergizować. Dobrze sięgać po preparaty z regenerującym d-pantenolem, ekstraktem z aloesu oraz alantoiną. Osobiście zachęcam do zwrócenia się w stronę kosmetyków naturalnych, organicznych, o niepodejrzanym składzie. Specjalistyczne kremy i żele do mycia szczególnie polecam do skóry naświetlanej. Radioterapia powoduje utratę elastyczności, silne uwrażliwienie i zwłóknienia. Zdarzają się obrzęki. Gruczoły potowe, łojowe oraz mieszki włosowe mogą zaniknąć. Skóry naświetlanej nie wolno namaczać, ale można myć ją normalnie.


Hennowy dreadlock na mojej głowie

Podczas leczenia dostaje się również paznokciom – rosną wolniej, stają się kruche i łamliwe, mogą pojawić się przebarwienia, bruzdy i deformacje. Niektóre silne leki mogą nawet magazynować się w płytce! Tu choć trochę pomóc mogą sera, balsamy, oleje, kremy, maski i inne preparaty dedykowane dłoniom i paznokciom. Są nawet takie specjalnie dla pacjentek i pacjentów onkologicznych!


To, co wiedzą wszyscy, to że chemioterapia zdecydowanie działa na włosy, które wypadają całkowicie lub częściowo. Zależy to od kilku czynników: użytego cytostatyka (np. przy raku jajnika schematem może być taksol i karboplatyna – wtedy włosy najpewniej się straci, a w przypadku raka szyjki macicy najczęściej stosuje się cisplatynę, skutkującą jedynie przerzedzeniem), czepka chłodzącego (zakłada się go na czas wlewu, dostępny w niektórych polskich szpitalach), indywidualnych predyspozycji. Niezależnie od tego, w czasie leczenia należy zadbać zarówno o skórę głowy, jak i włosy – te, które odrastają i te, które ewentualnie zostały. Przydadzą się dobre szampony i odżywki, wprowadzenie wcierek wspomagających wzrost (od specjalistycznych aż po zwykły napar z kozieradki), oraz, jeśli lekarz pozwoli, suplementacja.


Dla bezpieczeństwa polecałabym właściwie wszystko konsultować z onkologiem. Niestety często w tym zakresie zaskakuje brak badań. Pamiętam, jak spytałam mojego radiologa, czy miesiąc po naświetlaniu mogę zrobić sobie tatuaż. Zgodził się, lecz jednocześnie szczerze przyznał, że opracowania naukowe na ten temat nie istnieją. Na szczęście publikacje o kosmetologii onkologicznej pojawiają się coraz śmielej. Sama pomagam Kołu Naukowemu Kosmetologii GWSH realizować badania w tym zakresie. Miło było niedawno poznać grupę studentek, żywo zainteresowanych pielęgnacją skóry, włosów i paznokci u pacjentek i pacjentów onkologicznych.


Dobrą wiadomością jest również to, że co rusz powstają kolejne marki, uwzględniające szczególne potrzeby osób z rakiem. Firm takich wciąż jest niewiele, jednak już na tyle dużo, by spokojnie móc znaleźć coś dla siebie. Uważam, że takie bezpieczne, szczegółowo przemyślane kosmetyki są atrakcyjne także dla ludzi bez nowotworu. Cieszę się też, że w siłę rośnie rynek produktów, które są skuteczne i wyspecjalizowane, a nie wyglądają całkowicie jak lekarstwa na receptę – w końcu opakowanie również wpływa na nasz nastrój!


Ta maseczka chyba najlepiej działa na brwi

Powierzchnia ciała a moje zwyczaje


Dziś pielęgnuję powierzchnię swojego ciała zupełnie inaczej niż kiedyś. Nie wskażę daty rewolucji – zmiany były procesem. Zapewniam jednak, że najważniejsze, pierwsze kroki wymagały przeznaczenia nie tygodni, a zaledwie godzin. Wszystko zaczęło się pewnej niedzieli, gdy powiedziałam „dzisiejsze popołudnie przeznaczam na dowiedzenie się, jak świadomie pielęgnować włosy”. Właśnie, bo najpierw na tapet wzięłam włosy – na nich zależało mi od zawsze najbardziej, a wiecznie miałam z nimi problemy. W dodatku po chemii były przerzedzone, łamały się jak suche trawy. Dowiedziałam się, że różne składniki działają na włosy w różny sposób: proteiny budują, humektanty nawilżają, a emolienty wygładzają. W internecie znalazłam informacje na temat tego, które odżywki i maski reprezentują poszczególne grupy i zaczęłam eksperymentować, by znaleźć w tej kwestii równowagę. Okazało się, że moje włosy były przeproteinowane i spragnione emolientów. Prosty test uświadomił mi, jaka jest porowatość moich włosów, co pozwoliło mi dobrać odpowiednie preparaty. Odkryłam też olejowanie i zabezpieczanie końcówek. Obecnie przed każdym myciem olejuję włosy na podkład aloesowy. Jeśli chcę położyć olej na noc, robię to „na sucho”, bez podkładu, by nie trzeć napęczniałymi i podatnymi na uszkodzenia włosami o poduszkę. Przy okazji olejowania w skórę głowy wmasowuję wcierkę – już po miesiącu jej stosowania miałam niewyobrażalny wysyp nowych włosów, tzw. baby hair. Kwadrans przed myciem dokładam sporo odżywki emolientowej, zakładam foliowy czepek i zimową czapkę. Następnie myję włosy łagodnym szamponem (a co czwarte mycie mocnym, we włosowej społeczności określanym mianem rypacza), skupiając się wyłącznie na skórze głowy. Wodę odciskam bawełnianą koszulką i jednorazowym ręcznikiem. Żadnych turbanów. Wreszcie pryskam odżywką bez spłukiwania. Tak zabezpieczone włosy powolutku i delikatnie czeszę. Na koniec, pyk, serum na końcówki i kilka kropel oleju. Kategorycznie przestałam farbować, nie wspominając nawet o rozjaśnianiu. Używam henny, do której dodaję galaretkę z drzewa kampeszowego, odżywki i szczyptę sody dla chłodniejszego odcienia. Po każdym zabiegu hennowania moje włosy są o wiele grubsze, co bardzo mi pasuje.


Po każdej hennie przysięgam sobie, że nigdy więcej

Kolejno, wsłuchałam się w swoją twarz. Wejście w ten świat okazało się o wiele prostsze, jako że wiedziałam już, czym są humektanty i emolienty. Poznałam działanie kwasów. Kupiłam szczoteczkę soniczną i specjalistyczną piankę do mycia z apteki. Rano myję twarz naturalnym żelem i smaruję kremem. W trakcie dnia staram się nie dotykać skóry. Wieczorem pozwalam sobie na dłuższą pielęgnację. Jeśli mam makijaż, zmywam go olejem. Robię to przed użyciem pianki, delikatnie, a nie mocno trąc wacikiem nasączonym płynem micelarnym, w dodatku po myciu (a, przyznaję, robiłam tak wiele lat). Po umyciu twarzy częstuję ją serum – tym, na które, wydaje mi się, że właśnie ma ochotę. Serum zamykam odpowiednim kremem lub olejem. Raz w tygodniu stosuję peeling enzymatyczny.


Wreszcie zajęłam się ciałem od szyi w dół. Co ciekawe, skóra przestała się przesuszać, jak tylko zaczęłam regularnie pić wodę. Stopy zaczęłam nawilżać kremem, a nie wiecznie ścierać. Kupiłam ochronny olejek do sromu – używam go po każdym prysznicu. Rzadziej golę skórę.


Czasem chodzę do kosmetyczki. Regularnie na paznokcie. Mam serum do skórek. Piorę pędzle. Robię sobie maseczki. Co ciekawe, na kosmetyki wydaję o wiele mniej niż wcześniej. Okazuje się bowiem, że poszukiwanie konkretnych składników, a nie marek, prowadzi często do polskich, niedrogich producentów, nie luksusowych drogerii, pełnych połyskujących regałów. Na taką pielęgnację trzeba przeznaczyć trochę czasu, nie powiem, ale są to chwile naprawdę jakościowe – skupiam się wtedy na swoim dobrostanie, pielęgnując relację ciała i umysłu.


Piana party na naszych twarzach

Powierzchnia ciała a ja


Świadoma pielęgnacja rozpoczęła się u mnie, gdy wreszcie udzieliłam głosu własnemu ciału. Dzięki dialogowi z nim zrozumiałam, że wcale nie chodzi o to, by je kamuflować lub na siłę pokochać. Kluczem do dobrej relacji z ciałem (a, tak przy okazji, kluczem do wszystkiego w życiu) jest uważność. I, jasna sprawa, zdrowy dialog. Mój umysł mówi, że mam świetny tyłek, piękne oczy, wspaniałe ramiona, całkiem niezłe piersi i seksowne kości policzkowe. Mój umysł nie przepada jednak za moimi udami, nosem i brodą. Jednocześnie jednak jest im wdzięczny za to, że istnieją. Jeśli mój umysł odczuje potrzebę, poprawię nos u chirurga – nie dlatego że gniecie mnie jakaś presja, lecz żeby realizować swój wygląd zgodnie z tym, czego pragnę, uważnie podchodząc do relacji umysłu i ciała. Moje ciało pozwoli umysłowi na zabieg, choć pewnie nie będzie zachwycone. Mój umysł lubi mnie z grubymi kreskami na oczach, ciało woli brak makijażu – oba te wizerunki dobrze odwzorowują, kim jestem, stosuję je więc naprzemiennie. Bez polepszaczy wciąż się sobie podobam. Polepszaczami bawię się, kreując, a nie maskując. Gdy henna wychodzi rudo, a nie fioletowo, jak zakładałam, umysł i ciało śmieją się do rozpuku, szturchając się wzajemnie. Umysł i ciało robią sobie kolejne tatuaże, bo kochają je mieć, a zdanie innych na ten temat kompletnie mnie nie interesuje (choć oczywiście przykro mi, gdy mnie krytykują).


Moje ciało ma swoje zasoby, swoje możliwości, swoje pragnienia, swoje, związane z relacjami społecznymi praktyki. Mój umysł też je ma, nieidentyczne. Nie oceniam własnego ciała. Słucham go. Decyzje podejmujemy wspólnie. Jesteśmy partnerami – wszystko robimy razem. Szanuję ciała innych osób. Staram się ich nie oceniać. Jestem ciałoneutralna.


Niezależnie od tego, czy masz lub miała_eś raka, czy nie, jakiej jesteś płci, co robisz na co dzień i jak bardzo zależy lub nie zależy Ci na swoim ciele, proszę, pozwól sobie na pielęgnację i nie myl jej z kamuflażem. Pij dużo wody. Odżywiaj się najzdrowiej, jak możesz. Śpij smacznie. Oczyszczaj skórę twarzy. Nie drap pryszczy. Spędź czasem trochę więcej czasu w łazience. Zastanów się, czy kosmetyki, których używasz, są OK. Poczytaj w internecie. Chcesz zaserwować sobie operację plastyczną lub radykalne rozjaśnianie włosów? Spoko, tylko ustal to ze swoim ciałem. Ono zrozumie, wysłucha i przyjmie, pod warunkiem, że nie będziesz na nie krzyczeć. I że co jakiś czas siądziesz z nim przy stole, tak po prostu, i zwyczajnie spytasz je, czego potrzebuje.


Każdy jest takim jednorożcem, jakim potrafi

__________


Zapisz się do newslettera

(i bądź ze mną na bieżąco)

114 wyświetlenia0 komentarz

Ostatnie posty

Zobacz wszystkie