Jak było na Wulwypadzie?

O pierwszej edycji wypadu po zdrowie intymne


Stało się. Odbyło się. Po dwóch latach marzenia i planowania, czterech miesiącach intensywnej organizacji oraz trzech godzinach szykowania naszej różowej sali szkoleniowej, Wulwypad stał się rzeczywistością. Czy wszystko się udało? Co działo się na warsztatach o bardzo specyficznej tematyce? Jakie prezenty dostały Uczestniczki? Czy będzie kolejna edycja? W tym tekście odpowiem i opowiem Wam, jak było. Z mojej własnej perspektywy.


Pełna galeria z Wulwypadu znajduje się pod tekstem


I wtedy wchodzi Wulwypad, cały na różowo…


Już nim wyjechaliśmy do Rabki-Zdroju, zrozumieliśmy, ile zajmują nasze pomysły, potrzeby Uczestniczek, a także hojność Partnerek i Partnerów – ilość pełnych, przez ciężar zawartości ledwo trzymających formę kartonów w dużym aucie kombi zostawiła dla mnie, Maćka i psa dosłownie skrawek wolnego miejsca. Wciąż pierwszą rzeczą, o której myślę, gdy wspominam Wulwypad, są… te pełne kartony, które niesie się z myślą „błagam, niech to nie rozwali się, jeszcze tylko kilka metrów”!


Do hotelu nie przyjechaliśmy pierwsi – najpilniejsza Wulwypadowiczka ze Szczecina na miejscu była już dzień wcześniej! Ubiegła nas również zwyciężczyni konkursu, ogłoszonego na grupie Pozamiatane, której matką jest Magdalena Kostyszyn, czyli popularna Ch*jowa Pani Domu. Muszę przyznać, że strojenie sali szkoleniowej i drzwi do hotelu było dla mnie ogromną przyjemnością, ponieważ wszystko było w kolorze pudrowego różu, który uwielbiam: różowy obrus (z podkładów higienicznych, używanych w gabinetach ginekologicznych – a czemu nie!), różowe serwetki, różowe tiule i wstążki, różowe „W” na hotelowych drzwiach wejściowych.


Zaczynałyśmy od bankietu powitalnego, więc na stoły trafiły również różowe donuty z piankami, różowe pianki, czekoladki, ciepłe lody i kieliszki z różowym, brokatowym winem od Vionelli. Tendencję guilty pleasure przełamały półmiski z owocami, będącymi powtórzeniem elementów z identyfikacji wizualnej wyjazdu, w której królowały moje autorskie motywy: truskawka-wulwa, banan-łechtaczka, gruszka-macica, pomarańcza-pierś, ananas-jajnik i arbuz-wulwa. Idealnie wzory te przerysowała również lukrem Iza z Lawendowej Pasieki, podarowując Wulwypadowiczkom całe miski ręcznie zdobionych pierniczków. Pojedyncze pierniczki, wraz z programem wyjazdu, powitalną pocztówką oraz wulwypadowym notesikiem, czekały również na łóżkach Uczestniczek.


Formalnie bankiet był przedstawieniem programu, konceptu, Partnerek i Partnerów oraz oficjalnym otwarciem. Atmosfera, owszem, była uroczysta, ale przede wszystkim, co cudownie mnie zaskoczyło, od początku dało się też wyczuć magię całego wyjazdu. Moja autorska „Różowa gra powitalna” wyszła wspaniale, różową wstęgę przecięłyśmy wspólnie, Partnerki i Partnerów odkrywałyśmy z ciekawością, donuty znikały jeden po drugim. Była projekcja wzruszającej animacji, brawa, śmiechy i pierwsze fotki.


A po co tyle różowego? Absolutnie nie sądzę, by był to kolor najlepiej pasujący do kobiet! Różowy to po prostu mój kolor, a ja tak bardzo chciałam, by cały weekend był zaproszeniem do mojego świata…



Teoria i praktyka, pytania i odpowiedzi


Wulwypad to wyjazd edukacyjny – przede wszystkim prozdrowotny, ale też inspirujący i wspierający. Część szkoleniową prowadziło aż sześć osób, każda będąca specjalistką lub specjalistą w swojej dziedzinie. To podstawowy koncept Wulwypadu – zgromadzić prelegentki, preleganta i Uczestniczki i dać im przestrzeń na przepływ fachowej wiedzy, dobrej energii, motywującej inspiracji.


Piątek był dniem pielęgnacji intymnej. Wszelkie porady i zwyczaje w tej kwestii omawiałyśmy w oparciu o podstawy anatomii, sytuację społeczną, dostępne na rynku produkty. Starałam się, by niezmienną podstawą była świadomość i otwartość. Z powodu nagłej sytuacji z kolanem warsztaty tworzenia kosmetyku do wulwy musiały zostać przeniesione do przestrzeni online, jednak nic z programu nie zostało usunięte (wręcz przeciwnie – w rezultacie poprowadziłam ponadprogramowy wykład o ginekologicznym patient experience). Zresztą, Adrianna Kasprzak z #TheWomanPower i Naturalnego Atelier w życiu nie zostawiłaby Uczestniczek bez takiej atrakcji!


Królową soboty była ginekologia. Doktor Hanna Szweda i Profesor Paweł Szymanowski z Gyneki poprowadzili kapitalne wykłady, wnikliwie analizując anatomię narządów rozrodczych, wyjaśniając od A do Z profilaktykę, a także po kolei omawiając dolegliwości, choroby oraz sposoby ich leczenia. Pytania padały na bieżąco, a odpowiedzi często wspomagane były slajdami, na których mogłyśmy zobaczyć nawet zdjęcia z operacji. Nie pominęliśmy takich tematów jak fakty i mity o antykoncepcji, menopauza, endometrioza, nowotwory, zespół policystycznych jajników, specjalistyczne badania diagnostyczne.


Mnie osobiście najbardziej podobały się warsztaty praktyczne. Stół zapełnił się instrumentami używanymi podczas zabiegów (za nie i bloki do notowania informacji ze szkolenia dziękujemy firmie Gin-Medical!), wziernikami, szczoteczkami do cytologii, szybkami, jednorazowymi spódniczkami oraz innymi akcesoriami z gabinetów ginekologicznych. Uczestniczki miały okazję zobaczyć, poznać i oswoić te przedmioty. Dzięki Instytutowi Mikroekologii zagłębiłyśmy się również w temat mikrobioty pochwy, oglądając badanie, przeprowadzane krok po kroku. Hitem warsztatów była szyjka macicy, którą Doktor Szweda na szybko stworzyła ze słodkiej, różowej pianki, by z bliska pokazywać badania i praktyki zabiegowe. Pianka, jako maskotka wyjazdu, została z nami do końca weekendu, na własnym talerzyku.


Przed kolacją, w innej Sali odbyły się warsztaty fizjoterapii uroginekologicznej. Ćwiczyłyśmy z fizjoterapeutką Sylwią Robak na różowych matach od Joy In Me. Przede wszystkim jednak miałyśmy okazję poznać mięśnie dna miednicy i sposoby na dbanie o nie. Oglądałyśmy również elektrostymulator oraz sondy: dopochwową i doodbytniczą. Dostarczyła je firma Gin-Medical, dystrybutor specjalistycznego sprzętu medycznego.


W niedzielę na warsztat wjechał temat seksualności. Seksuolożka i psycholożka Antonina Dębogórska przeprowadziła w ogrodzie szkolenie na temat erotyki, zmysłowości oraz ich kontekstu. Oprócz uzupełniania specjalnych tabelek, dokładnego Q&A oraz odwoływania się do dziesiątek badań, były salwy śmiechu oraz siostrzane, wzajemne wsparcie. Zajęcia z Antoniną kontynuowałyśmy w sali szkoleniowej, gdzie czekały na nas dziesiątki zabawek erotycznych od EasyToys. Dokładnie, po kolei omawiałyśmy wibratory klasyczne i soniczne, różdżki, dilda, zatyczki, jajeczka, packi, bicze, kajdanki. Najlepszym momentem była spontaniczna ucieczka jednego z wibratorów po stole. Dziewczyny, które nie mogły go złapać, popłakały się ze śmiechu!


Zajęcia w swoich zakresach przeprowadziłam również i ja. Poranną kawę w sobotę wypiłyśmy przy moich fotografiach, które były kanwą dla historii mojego podejścia do ciała i intymności, w obliczu chorowania na raka szyjki macicy i bycie edukatorką w temacie doświadczenia pacjenckiego w ginekologii i onkologii. Po niedzielnym obiedzie przeprowadziłam kreatywne warsztaty ciałouważności, podczas których rysowałyśmy i opisywałyśmy swoje ciała, pielęgnując wdzięczność. Poza tym, wspierałam Uczestniczki i prowadzących, jak tylko potrafiłam.


Pełna galeria z Wulwypadu znajduje się pod tekstem


Prezenty, imprezy, emocje!

Oprócz bankietu, na Wulwypadzie odbyły się trzy wydarzenia, będące atrakcjami dla Uczestniczek. Najlepiej wypadł sobotni wieczór niespodzianek – to najwyżej oceniana w ankietach końcowych część całego wyjazdu! Luźne wydarzenie odbyło się w jadalni, przy różowym, brokatowym winku i prosecco od Vionelli, firmy mającej w ofercie same takie wyjątkowe trunki. Pierwszą niespodzianką był trening japońskiego masażu twarzy Kobido – uczyła nas Sylwia Robak. Później zagrałyśmy w grę karcianą z Profilakami – finałem tej zabawy były osobiste kalendarze profilaktyczne.


Najlepsze były jednak prezenty – ależ się Wulwypadowczki obłowiły! Zestawy żeli intymnych od Feminum oraz kosmetyki od Gewohl, gadżety od EasyToys, książki „Droga do siebie” od Wydawnictwa Literackiego, zniżki na badania od Instytutu Mikroekologii, paczuszki z pachnącym plao santo od Joy In Me, całe kartony wkładek i podpasek Masmi dzięki Różowej Skrzyneczce… To było wspaniałe, dziękujemy!


Piątkowy wieczór był znacznie skromniejszy, ale bardzo miły – odbyło się małe garden party, którego główną atrakcją był trening samobadania piersi. Zaśmiewałyśmy się z tego, jaki widok mają goście z hotelu obok – kilkanaście kobiet siedzi razem w ogrodzie, pije wino, wcina przekąski i synchronicznie przeprowadza samobadanie piersi!


W niedzielę odbył się pożegnalny turniej z nagrodami. Uczestniczki odpowiadały na pytania quizowe za pomocą aplikacji, by wreszcie rozlosować między sobą nagrody: zabawki od EasyToys, pełne badanie mikrobioty pochwy od Instytutu Mikroekologii, książki z autografami autorek od Wydawnictwa Literackiego, torby kosmetyków od Feminum, wyjątkowe pierniczki od Lawendowej Pasieki. Po rozdaniu certyfikatów, na pożegnanie zrobiłyśmy sobie w ogrodzie wspólne zdjęcia przy zasłonie z wielką, pluszową wulwą i zapaliłyśmy świeczki, symbolizujące nasze siostrzeństwo. Zgadnijcie, jakiego koloru były świeczki…



Co dalej?


Marzyłam o tym wyjeździe, a właściwie o tym, by pomagać innym być zdrowszymi, szerzyć wiedzę o zdrowiu intymnym i… mieć swoją społeczność. Czuję się spełniona, szczęśliwa, dumna. Jednocześnie jestem naprawdę zmęczona dopinaniem wszystkiego na tysiąc ostatnich guzików, nieustającym zaangażowaniem emocjonalnym, dźwiganiem wszystkich tych kartonów… Jeśli ciekawi jesteście, czy były wtopy, to zdarzyły się, owszem – choćby techniczna z quizem, który opóźnił turniej o dobry kwadrans. Jeśli ciekawi jesteście, czy na tym wszystkim zarobiliśmy, to nie, ledwie wyszliśmy na zero. Czy więc będzie kolejna edycja?


Próbując odpowiedzieć na to pytanie, patrzę w wyniki ankiet. Nikt, żadna Uczestniczka, ani razu, przy żadnym pytaniu nie zaznaczyła, że coś jej się nie podobało. Patrzę na maile, wymieniane z Partnerkami i Partnerami. Cudownie jest czuć, że duże firmy wierzą w moje działania i dostrzegają ich potencjał. Patrzę na zapraszające na Wulwypad posty kochanej, dzielnej Różowej Skrzyneczki, na wywiady o Wulwypadzie: ten genialnej Anety Pondo we wspaniałym „Mieście Kobiet” czy ten znającej się na rzeczy Magdy Urbańskiej w świetnym magazynie „Szajn”. Patrzę na wiadomości, w których lekarze i lekarki piszą mi, że to super inicjatywa, że profesjonalną ginekologię trzeba otwierać dla pacjentek. Patrzę na człowieka, który potrafi zorganizować absolutnie wszystko: od szkolenia dla fundacji Rak’n’Roll, poprzez kolejną imprezę techno, aż po Wulwypad. To Maciej Zięba, mój narzeczony. Dziękuję Ci, Maciek, bez Ciebie Aga Szuścik nie mogłaby być aż tak bardzo Agą Szuścik!


Patrzę tak i wtedy znowu zaczynam marzyć, planować, widzieć wszystko na różowo i powoli, powolutku odzyskiwać siły na noszenie kartonów, pełnych wzierników, zabawek erotycznych, mat do ćwiczeń, książek i brokatowych win. Rzecz jasna, różowych.



__________


Zapisz się do newslettera

(i bądź ze mną na bieżąco)