Jadem żaby i siłą umysłu

Zaktualizowano: cze 2

O medycynie alternatywnej


To zaskakujące, ile osób nie wierzy nauce. Po Marsie drepcze łazik, mamy masę zdjęć naszej okrąglutkiej planety, o kulistości Ziemi przekonany był nawet Pitagoras… a w roku 2021, gdy latamy dronami i sekwencjonujemy DNA, hordy płaskoziemców próbują udowodnić swoje absurdalne przypuszczenia. Przyznam, że zwolennicy „płaskiego globu” wydają mi się nawet zabawni. Niestety, mina mi rzednie, gdy przypominam sobie o bliskich im antyszczepionkowcach, ludziach niewierzących w pandemię czy osobach zalecających leczenie raka jadem żaby lub siłą umysłu. A tych ostatnich spotkałam wielu…



Gdy okazało się, że choruję na nowotwór złośliwy, zaczęły napływać do mnie dziwaczne i niebezpieczne porady. Oto odezwała się znajoma z wczesnoszkolnych lat, kategorycznie zabraniając mi poddawania się leczeniu operacyjnemu, a chemioterapię przedstawiając jako bezwzględne zabijanie pacjentów. Przez kilka dni codziennie otrzymywałam od niej długie wywody, pełne ciągów wykrzykników oraz czasowników w trybie rozkazującym: przeczytaj, obejrzyj, obudź się, zrezygnuj, nie gódź się. Z ciekawości otworzyłam jeden z linków. Amerykanin z czołem bardzo zmarszczonym od karykaturalnego podnoszenia brwi skandował zachwyty nad książkami swojego autorstwa. Publikacje miały opisywać tajniki uniwersalnego remedium na wszelkie choroby, w tym oczywiście raka. W swoich filmach, jak mówił, nie mógł zdradzić zbyt wiele, gdyż jego wiedza jest tajemna, a jedyną drogą do jej zdobycia jest zamówienie drogich książek jego autorstwa, oczywiście najlepiej wszystkich. W tamtych kilka minut poznałam sposoby na zamówienie i wysyłkę, także do Europy, chwytliwe tytuły, kolorowe okładki (na każdej owo zmarszczone czoło i niezwykle szeroki uśmiech) oraz opowieści o pacjentach, którym lekarze nie dawali żadnych szans, ale odważni chorzy rzucili chemioterapię i wrócili do zdrowia dzięki technikom opisanym w tych tajnych, lecz wyglądających bardzo przyjaźnie, publikacjach. Zasada była taka: rezygnujesz z leczenia, zamawiasz książkę i zwalczasz raka siłą umysłu. W tonących w wykrzyknikach, pozornie inspirujących wiadomościach od znajomej czytałam: „nie wracaj już do tego ginekologa!!!!!! nie idź na operację!!!!! chemia Cię zabije!!! obejrzyj to, co Ci wysłałam!!!! ta siła jest w Tobie!!!!!!!!!!!!!!”. Na nic były zarówno moje zapytania o dowody naukowe, jak i jawne sugestie, że o żadną pomoc jej nie prosiłam.


Wiem, że to co najmniej dziwne, ale tuż po diagnozie, w czasie bezsennych, przepełnionych goryczą i poczuciem niesprawiedliwości nocy, momentami marzyłam o tym, żeby z tą znajomą podpisać umowę: ja rezygnuję z leczenia i zamawiam te książki, a ona bierze odpowiedzialność za moje zdrowie oraz życie. Maksymalnie kilka lat później ja umieram, a ona ma za swoje – tonie w wyrzutach sumienia i nie wypłaca się do końca swoich dni. Oczywiście nigdy jej tego nie zaproponowałam, z oczywistych względów – jestem empatyczna i chcę żyć. Dziś mam pełną remisję. Trzy operacje i leczenie uzupełniające w postaci radiochemioterapii przyniosły oczekiwane rezultaty. Czasami zastanawiam się jednak, czy tamta znajoma jakkolwiek zdaje sobie sprawę z tego, do czego namawia ludzi? Czy wie, że może być pośrednio odpowiedzialna za czyjąś śmierć? Czy, gdyby dostała diagnozę i termin operacji, sama rzeczywiście zostałaby w domu, by polegać na wspomaganej książkami sile umysłu?


Inne porady, których udzielono mi w tamtym okresie, to leczenie raka kosztownymi wlewami z witaminy C, specjalistyczną dietą lub ziarnem cieciorki wsadzonym w specjalnie zrobioną ranę („bo cieciorka wszystko wyciągnie, mówię Ci”). Dowiedziałam się też, że zachorowanie na nowotwór to po prostu domaganie się przez ciało większej ilości sportu, że rak to w zasadzie grzyb, że uleczy mnie chodzenie na basen oraz jedzenie cytrusów. Wysłuchałam potoku słów o „ceremonii Kambo” z jadem żaby (który dla pacjentów onkologicznych może być śmiertelnie niebezpieczny) oraz o chińskim tamponie, który, zupełnie jak ta cieciorka, „wyciągnie wszystko” (mówiąca mi o tym osoba miała niezłą minę, gdy zirytowana odburknęłam, że do gojącego się po operacji kikuta pochwy chyba nie powinnam wsadzać magicznych tamponów). Dostawałam nawet wiadomości zaczynające od czegoś w stylu „cześć, słyszałam, że masz raka, więc chciałabym opowiedzieć Ci o wyjątkowym produkcie” lub „sama nie wierzę w medycynę alternatywną, ale”. Serio.


Nie twierdzę, że ci ludzie życzyli mi źle. Nie uważam też, że są głupi czy że nie powinni korzystać z metod, które uważają za słuszne. Niech każdy sobie wierzy, w co chce i wydaje własne pieniądze na wybrane przez siebie cele. Nie interesuje mnie, czy i gdzie ktoś wsadza sobie ziarno ciecierzycy czy magiczny tampon z Chin. Ja nawet w pewien sposób rozumiem mechanizm wiary w taką magię – bezpieczniej jest żyć w przekonaniu, że na poważne i złożone problemy istnieją proste, skuteczne rozwiązania, które wystarczy odnaleźć. Fajnie też, jak mniemam, czuć się odpornym na manipulację i wyposażonym w tajemną wiedzę przeciwnikiem błądzących mas. Jednocześnie pojmuję również motywację chorych, którzy decydują się spróbować rozwiązań alternatywnych – myśl o cierpieniu, bólu, śmierci i rozstaniu w bliskimi jest nie do zniesienia, wiem o tym doskonale. Nie rozumiem jednak, jak można człowiekowi choremu na raka, tkwiącego w kryzysie bezradności i przerażenia, proponować podejrzane, płatne metody, często zakładające wykluczenie medycyny konwencjonalnej i zerwanie kontaktu z proponującym konkretne rozwiązania lekarzem.


Niestety, współczesna onkologia nie daje stuprocentowej pewności w kwestii wyleczenia nowotworu. Na raka można umrzeć. Wiem, że leczenie bywa trudne – rekonwalescencja po operacji, chemioterapia i naświetlania to okresy często naznaczone naprawdę złym samopoczuciem. Mamy jednak, jako ludzkość, stosunkowo skuteczne możliwości. Istnieją przypadki całkowitego wyleczenia raka w przypadkach pozornie beznadziejnych – nawet jeśli na powodzenie leczenia jest tylko 5% szans, to przecież ktoś te 5%, że tak powiem, obstawia. Warto pielęgnować w sobie nadzieję i starać się, najlepiej z pomocą psychoonkologa, bliskich i grupy wsparcia, trzymać strach na smyczy. Uwierz mi, desperacja w postaci porzucenia drogi nowoczesnego leczenia i powierzenie swojego zdrowia oraz życia panu z niepokojąco zmarszczonym czołem i zbyt szerokim uśmiechem to nie jest najlepsze rozwiązanie, mimo iż na barwnej okładce właśnie na takie wygląda. Nie istnieją naukowo potwierdzone, tajne sposoby leczenia raka. Są za to rozwiązania z zakresu medycyny konwencjonalnej oraz pokaźna grupa naukowo udokumentowanych przypadków, którym leczenie onkologiczne realnie pomogło w częściowym lub całkowitym wyzdrowieniu. Liczne badania udowadniają skuteczność chirurgii, radioterapii czy chemioterapii w leczeniu, a wachlarz możliwości staje się coraz szerszy, ostatnio proponując nawet dające wielką nadzieję immunoterapię czy terapię genetyczną.



Możesz jednak wspomagać się medycyną naturalną. Odróżniam ją tutaj od alternatywnej. W większości artykułów dostępnych w internecie określenia te funkcjonują jako synonimy. Ale nie u mnie. Słownikowo, alternatywa to ścieżka różna od standardowej, to zrezygnowanie z głównego rozwiązania i zdecydowanie się na inne. Medycyna alternatywna wyklucza zatem leczenie proponowane przez onkologa, przed czym przestrzegam. Sprzedając „magiczne” preparaty na raka, oszuści wzbogacają się kosztem osób chorych, bezsilnych i śmiertelnie przerażonych – to prawdziwe okrucieństwo. Medycyna naturalna to u mnie coś innego – naturalne, nieinwazyjne, dodatkowe preparaty, które mogą wspomóc Twoje samopoczucie w trakcie leczenia. Środki te raczej nie wpłyną na skuteczność terapii ustalonej na konsylium onkologicznym, jednak mogą sprawić, że będziesz czuć się lepiej podczas procesu zdrowienia. Mogą one również zadziałać jako placebo. Jeśli Twój lekarz nie ma nic przeciwko stosowaniu jakiegoś zioła, oleju czy zapachu, śmiało!


Nie mam ambicji, by nie wiadomo jak czynnie walczyć z głosicielami medycyny alternatywnej. Męczy mnie wchodzenie z nimi w dyskusję, nie mam czasu na poszukiwanie badań naukowych, by wklejać linki, które im i tak wydają się bezużyteczne. Nie mam też potrzeby czuć się jakkolwiek lepsza od tych ludzi. Mam natomiast misję, polegającą na edukowaniu i inspirowaniu. Ufam nauce: medycynie konwencjonalnej oraz psychoonkologii, nie spiskom i magii. Przede wszystkim jednak wierzę w nadzieję jako najzdrowszą motywację do życia oraz zdrowienia. To nadzieja najlepiej wspomaga leczenie i zdrowo odżywia zdrowy rozsądek. W jednej kwestii tamta znajoma miała rację: „ta siła jest w Tobie”.




__________


Zapisz się do newslettera

(i bądź ze mną na bieżąco)

727 wyświetlenia2 komentarz

Ostatnie posty

Zobacz wszystkie

Gra w memory