Czy lekarstwo na raka naprawdę nie istnieje?

O metodach leczenia raka


Opieka merytoryczna: dr n. med. Urszula Staszek-Szewczyk


Tekst powstał we współpracy sponsorowanej z firmą Mobile SCANMED Systems, oferującą placówkom medycznym sprzęt do krioablacji zmian onkologicznych ciekłym azotem. Celem współpracy dla firmy jest zwiększenie świadomości społecznej na temat tej metody. Dzięki tej pomocy finansowej mogłam przeznaczyć kilka pełnych dni roboczych na napisanie tego przewodnika, dokładnie zagłębiając się w temat sposobów leczenia raka. Fakt współpracy nie ma żadnego wpływu na tekst przewodnika, który został sprawdzony przez onkolożkę i napisany w oparciu o liczne źródła i osobiste doświadczenia. Zawsze działam legalnie i szczerze.



Lekarstwo na raka istnieje. Ba, lekarstw takich mamy co najmniej dziewięć i to nie jest ani cynizm na temat medycyny alternatywnej (tym razem), ani żaden trik retoryczny, który okaże się namawianiem do zdrowego odżywiania i regularnych badań (choć do tych rzeczy szczerze namawiam). Chodzi o prawdziwe, medyczne lekarstwa na raka. Mamy je. Ale od początku.


Stereotyp na temat braku lekarstwa na raka jest jak gigantyczny cepelin, wiszący na niebie tuż nad naszymi głowami. Wypchany do granic niemożliwości jakimś nienaruszalnym gazem, z ziemskiej perspektywy ledwie się rusza – po prostu tam jest, choć przebicie go mogłoby być dziecinnie proste. Co najgorsze, zasłania błękit prawdy i słońce nadziei. Bo, owszem, na raka można umrzeć. Ale na inne choroby też. Nie mamy substancji, która ze stuprocentową skutecznością chroni przed rakiem lub go niszczy. Hm, ponownie – tak samo jest z wieloma innymi chorobami. Mamy za to szereg metod, które leczą z raka, często bardzo skutecznie. Znów, podobnymi narzędziami dysponujemy wobec licznych schorzeń innego typu. Niestety, jeśli terapie nie zadziałają, możliwa jest śmierć trudna i bolesna, z życiem pozbawionym u kresu wszelkiej nadziei – identycznie jak przy szeregu rozmaitych, poważnych schorzeń. Jeżeli natomiast leczenie onkologiczne przyniesie skutek, można zdrowo żyć do późnej starości – co ponownie nie odróżnia raka od innych chorób. W przypadku nowotworów złośliwych dysponujemy nawet szeregiem badań profilaktycznych i wiedzą na temat czynników ryzyka, co pozwala w pewnym stopniu trzymać rękę na pulsie. Istnieje również wiedza (wcale nie tajemna) na temat profilaktyki pierwotnej raka, czyli co robić, aby zminimalizować ryzyko zachorowania. Wbrew pozorom, rak nie jest też specjalnie częstą chorobą, gdy przyrównamy go do statystycznie mniej groźnej grypy czy o wiele bardziej śmiertelnych schorzeń układu krążenia.


Dlaczego więc właśnie nowotwór złośliwy jest tym, któremu przypisujemy brak dostępnych terapii? Przepraszam, ale nasuwa mi się bezczelna wręcz odpowiedź: bo tak jakoś wyszło. Może rozwój raka wydawał się ludzkości niesamowity, jakby odpowiadał za to demon lub obcy i reperkusje takiego magicznego myślenia pozostały między wierszami do dziś? Jakoś mało to do mnie przemawia, istnieją przecież choroby równie „spektakularne”. Może problemem jest działanie statystyk, które w założeniu powinny zapewniać tym zdrowo żyjącym brak możliwości rozwoju choroby, a tymczasem mnoży się przecież od wyjątków? Nie, tu rak nie jest żadnym wyjątkiem. To może potrzebowaliśmy medycznego antybohatera do filmów oraz książek i tak to się jakoś rozdmuchało? Ta teza jest okropna...


Nie wiem. Wiem natomiast, co moje własne przekonanie o tym, że na raka nie ma lekarstwa, zrobiło mi w chwili diagnozy, która momentalnie zrównała mój nowotwór złośliwy z rychłym nadejściem bolesnej śmierci. I wiem, że wiele osób myśli tak teraz. W chwili diagnozy własnej lub bliskiej osoby cepelin stereotypu im też przysłoni nadzieję i możliwości leczenia. Dlatego piszę ten tekst – by pokazać Ci dziewięć lekarstw na raka, opowiedzieć, jak działają i dlaczego warto choć trochę oczyścić swoje niebo z dryfujących tam, rzucających cienie olbrzymów.



Chemioterapia, czyli SuperOwca z Wormsów


To chyba pierwsze, co pojawia się w głowie, gdy myślisz o leczeniu raka, prawda? Zacznijmy od obalenia kilku mitów. Po pierwsze, chemioterapia nieczęsto jest – jak w większości filmów – z góry przegraną walką o nieznaczne przedłużenie życia – „ona już ma chemioterapię, więc wiadomo, co będzie za niedługo”. W wielu przypadkach to skuteczne leczenie, powodujące regresję (odwrót) choroby. Tak, chemioterapia może spowodować całkowite wyplewienie komórek nowotworowych z organizmu! Po drugie, nie zawsze wypadają włosy. Są różne rodzaje chemioterapii – ta, którą brałam, cisplatyna, nie powoduje łysienia, tylko przerzedzenie włosów. Poza tym, w niektórych szpitalach dostępne są czepki chłodzące, czasem przeciwdziałające łysieniu. Wreszcie, po trzecie, nie każdy człowiek czuje się podczas chemii fatalnie, na zmianę wymiotując i wijąc się z bólu. Skutki uboczne chemioterapii – ich występowanie i nasilenie – to rzecz osobnicza, a na skutki te są leki, które mogą wyraźnie pomóc – często podaje się je już przed wlewem! Mnie chemia dała się mocno w kość, ale leki przeciwwymiotne i inne okazały się zaskakująco skuteczne!


Ogólny pomysł na chemioterapię jest genialny w swojej prostocie: skoro w tych nie najniższych stadiach rozwoju nowotworu złośliwego komórki rakowe mogą być w różnych miejscach organizmu, a my nie zawsze możemy to dostrzec, wpuśćmy do ciała substancję, która będzie po nim krążyć i zabijać komórki nowotworowe. To trochę jak w grze komputerowej, gdy w Twoje ręce trafia super-broń lub super-moc, umożliwiająca zamiecenie ledwie jednym ruchem całej planszy. Jak kolorowa bomba w Candy Crush, co rozpoznaje wszystkie cukierki danego koloru i wyrzuca jednym piorunem. Jak Armagedon w Heroesach. Jak SuperOwca w Wormsach. Wrzucasz – bum – nie ma.


Ta substancja, robiąca „bum”, to lek cytostatyczny, w skrócie – cytostatyk. Podkreślam słowo ‘lek’ – nie lubię nazywania chemii trucizną, ponieważ takim gadaniem pielęgnujemy stereotyp o chemioterapii, która rzekomo z zasady zabija. To rzeczywiście niezwykle silna substancja, mogąca wywołać szereg skutków ubocznych, ale jej zadaniem jest przecież leczenie nas z nowotworu, a nie trucie. Mówienie, że chemioterapia zabija jak rak, jest absolutną bzdurą.


Jak działają cytostatyki? Substancje te krzyżują plany komórkom – zatrzymują ich rozwój i uruchamiają apoptozę, czyli ich genetycznie zaprogramowaną śmierć. Jak to jednak możliwe, że rak dostaje cios śmiertelny, a reszta ciała to przeżywa? Komórki nowotworowe są o wiele wrażliwsze na działanie cytostatyku niż zdrowe tkanki – mają więcej receptorów, przez co sprawniej wchłaniają substancję, no i ich mechanizmy rozwojowe są znacznie aktywniejsze, więc o wiele mocniej im się dostaje. Mimo to leki cytostatyczne – siłą rzeczy – docierają również do zdrowych komórek. Spustoszenie tam jest nieporównywalnie mniejsze niż w przypadku komórek nowotworowych (gdyby było inaczej, chemioterapia nie miałaby żadnego sensu), ale dla większości pacjentek i pacjentów – odczuwalne i dokuczliwe. Pewnie domyślasz się, że z racji tego, jak działają cytostatyki, to te miejsca, gdzie komórki dzielą się najszybciej, obrywają najbardziej. Będą to szpik kostny, przewód pokarmowy i mieszki włosowe. To wyjaśnia właściwe dla osób w trakcie chemioterapii problemy z odpornością, mdłościami i łysieniem, prawda?


Jak już wspominałam, istnieją różne rodzaje chemioterapii, ponieważ istnieją różne cytostatyki, a najczęściej… ich kombinacje – jednoczesne stosowanie dwóch lub trzech leków cytostatycznych to częsta sprawa, jako że substancje te potrafią wzmacniać się nawzajem (działa to tak, jakby każde z dwóch jabłek z osobna ważyło 100 g, ale razem ważyły 300 g, przepraszam panią z matematyki). Istnieją różne drogi podawania cytostatyków. Chemioterapia kroplówkowa, czyli wlewy, to podawanie dożylne (przez wenflon lub port żylny), dzięki czemu lek krąży w krwioobiegu. Chemioterapia doustna, a więc tabletki, wchłaniają się przez układ pokarmowy, no i można je przyjmować w domu. Niektóre moje koleżanki miały zabieg HIPEC, czyli wlanie chemii do brzucha i podgrzanie tam płynu. Istnieje też PIPAC – podobny zabieg, ale z chemią w takim jakby aerozolu. Kolejne przykładowe, już rzadkie sposoby podawania cytostatyków to chemia podskórna, dotętnicza, dokanałowa czy… przezskórna – w maści. Chemia chemii nierówna również w kwestii liczby wlewów oraz ich częstotliwości.


Chemioterapie dzieli się również ze względu na cel – na indukcyjne, uzupełniające, jednoczesne, radykalne i paliatywne. Od tej pierwszej zaczynamy leczenie (czyli po niej robimy na przykład operację, by wyciąć to, co zostało), drugą – leczenie kończymy (tak było u mnie – chemioterapia miała „dobić” komórki, które ewentualnie zostały po operacjach), trzecia przy okazji pomaga naświetlaniu (zwiększając wrażliwość komórek, tak też było u mnie), czwarta ma wystarczyć za wszystko (czyli być samodzielnym leczeniem), a piąta służy wydłużeniu życia i poprawieniu jego komfortu (choć zdarza się, że szczęśliwie okazuje się być radykalną). Wszystko wymienione w tym i poprzednim akapicie zależy od rodzaju nowotworu oraz jego stopnia zaawansowania.


Chemioterapię nazywa się również leczeniem systemowym, ponieważ działa ona jednocześnie w całym systemie, czyli organizmie. Dlatego to taka nadzieja dla osób z przerzutami. Sądzę, że logiczne jest już dla Ciebie też to, że im wcześniej wykryje się raka, tym komórek nowotworowych jest mniej i chemioterapia ma większe pole do popisu. To, jak dany organizm odpowiada na zalecone leczenie, jest w pewnym stopniu zagadką. Zawsze warto jednak mieć nadzieję, szczególnie że chemioterapia to naprawdę super-broń na raka! Bum!



Radioterapia, czyli Eleven ze Stranger Things


Radioterapia, czyli naświetlanie (żartobliwie nazywane przez pacjentki onkologiczne solarium) to poddawanie się działaniu specjalnego urządzenia, które napromienia (a właściwie bombarduje fotonami) chore na raka miejsce promieniowaniem jonizującym. Promienie te uszkadzają DNA komórek nowotworowych. Urządzenia wykorzystywane do radioterapii są nowoczesne, bardzo precyzyjne i wymagające pracy naprawdę dobrego komputera. To bardzo skuteczne leczenie, a co ciekawe, jego ostateczne efekty widoczne są czasem po tygodniach lub nawet miesiącach od zakończenia leczenia.


Także i tu mamy podział – na radykalną (mającą wyleczyć) i paliatywną (mającą spowolnić rozwój choroby i ukoić). Ta pierwsza jest zwykle realizowana jako wiele zabiegów z niskimi dawkami, druga – jako nieliczne lecz silne napromieniania. Tu powinnam się poprawić – w radioterapii dawką nazywa się sumę promieniowania z całego leczenia, a pojedyncza porcja to frakcja. Jedno naświetlanie często nazywane jest seansem – jak w kinie.


Radioterapię dzieli się jednak przede wszystkim na teleradioterapię oraz brachyterapię. Uwaga – często, mówiąc o radioterapii, mamy tak naprawdę na myśli radioterapię, więc jeśli ktoś mówi, że miał i radioterapię, i brachyterapię, to ma na myśli to, że przeszedł teleradioterapię i brachyterapię, choć formalnie obie one są radioterapiami… chaotyczne, prawda? Teleradioterapia polega na położeniu się – zwykle na kilkanaście minut – na leżance, pod sporym urządzeniem, przypominającym tomograf. Podczas zabiegu akcelerator (tak się to nazywa i kosztuje – uwaga – dziesięć milionów złotych) nie dotyka ciała. Mimo to, zdalnie, atakuje raka z ogromną mocą i precyzją, zupełnie jak wyciągająca w przód rękę Eleven z serialu Stranger Things.


Inaczej jest przy brachyterapii, której celem jest to, by źródło promieniowania dotykało ciała lub samego raka. Używa się więc tak zwanych aplikatorów – na przykład walca umieszczonego w pochwie czy metalowych igieł przechodzących przez pierś lub dochodzących do prostaty przez krocze. Pierwiastki promieniotwórcze można też wszczepić do guza na stałe, dzięki czemu działają długimi miesiącami. Zdaję sobie sprawę, że to wszystko zaczyna brzmieć trochę strasznie i nie będę kłamać – mnie brachyterapia poskładała fizycznie i psychicznie, a teleradioterapia bardzo wymęczyła. Jestem jednak… w mniejszości. Znam wiele osób po naświetlaniu różnych części ciała i znakomita większość z nich wcale nie wspomina tego źle.


Samo naświetlanie nie boli, nie grzeje – kompletnie go nie czuć. To metoda leczenia miejscowego, więc terapię poprzedzają dokładne badania, pozwalające precyzyjnie skierować promienie w konkretne miejsca ciała. Przy teleradioterapii stosuje się nawet tatuaże (sama mam cztery kropki na brzuchu), które pomagają codziennie w ten sam sposób ułożyć pacjenta, pacjentkę na stole terapeutycznym. Ba, żeby jeszcze dokładniej trafić w leczone miejsce w ciele i ochronić sąsiadujące z nim zdrowe tkanki, wykorzystuje się bardzo konkretne sposoby – na przykład wstrzymywanie oddechu (przy naświetlaniu piersi), napromienianie tylko w konkretnej fazie oddechowej (aparatura może śledzić fazy oddechu, by jeszcze precyzyjniej naświetlić np. guz płuca lub wątroby) czy picie konkretnej ilości wody o konkretnej porze, żeby pęcherz moczowy miał odpowiednie wypełnienie (przy naświetlaniu zawartości miednicy, jak u mnie).


Z zewnątrz naświetlanie może wydawać się metodą subtelną, jest jednak bezwzględne dla komórek nowotworowych. Działając silnie, niestety powoduje uzależnione od leczonego obszaru ciała skutki uboczne, zwane odczynami popromiennymi. W trakcie leczenia może występować senność, złe samopoczucie, dolegliwości ze strony układu pokarmowego. Jeżeli obszar napromieniany jest w skórze lub tuż pod nią, miejsce ulega zaczerwienieniu, staje się niezwykle wrażliwe na dotyk, ubranie, słońce, wodę, kosmetyki. Mogą wypaść okoliczne włosy. U mnie włosy łonowe wypadały i odrastały na zmianę przez dobre pół roku! Możliwe powikłania późne obejmują zwłóknienia, przetoki, krwawienia, a nawet rozwój innego raka – są one jednak naprawdę rzadkie. Osobiście dość mocno odczułam skutki naświetlań. Druga połowa terapii była dla mnie niekończącą się biegunką i trudną do pohamowania sennością. Dziś, co oczywiście jest moją indywidualną historią, moje jelita działają słabiej niż przed leczeniem, a tkanka pochwy potrzebuje trochę czasu, by rozciągnąć się na tyle, żeby penetracja była możliwa. Żyję jednak zupełnie normalnie i cieszę się, że dzięki nowym technologiom mogłam przejść dobre leczenie. No cóż, Eleven w serialu też po akcji zawsze musiała wycierać krew spod nosa.



Chirurgia, czyli Frodo z Władcy Pierścieni


Leczenie operacyjne to chyba najbardziej logiczny sposób na pozbycie się raka – jeśli urosło coś niedobrego, po prostu to usuńmy. Jak wiesz, rak rozwija się od jednej komórki. Gdy bardziej się rozpanoszy, potrafi podróżować naczyniami krwionośnymi czy limfatycznymi czy wrosnąć w sąsiadujące tkanki, ale na początku – jeśli nie jest pierwotnie rakiem układu krążenia – to co najwyżej zbity zlepek komórek. W tej sytuacji wycięcie takiego nacieku czy guzka może całkowicie rozwiązać sprawę. I to jest ten paradoksalny moment, w którym zespół medyczny musi wyciąć jednocześnie jak najwięcej i jak najmniej.


O co tu chodzi? Z jednej strony, o skutecznym leczeniu mówimy wtedy, gdy raka pozbędziemy się razem z marginesem zdrowych tkanek. Celem zabiegu jest to, by usunąć jak najwięcej materiału biologicznego, który może zawierać komórki nowotworowe (dlatego usunięto mi calutką macicę). Z drugiej strony, medycyna dąży do bycia coraz mniej inwazyjną. Narządy w ciele mają swoje funkcje i nie można ich ot tak usuwać na wszelki wypadek. To trochę jak z pierścieniem, po który szedł Frodo. Akcję trzeba było przeprowadzić tak, by pierścień na pewno zniszczyć, jednocześnie jednak nie zagrażając światu reperkusjami szalonych przygód.


Na szczęście postęp naukowy daje lekarzom i lekarkom narzędzia, dzięki którym można określać, sprawdzać, ciąć i zabezpieczać coraz dokładniej. Przykładem niech będzie rak piersi – jeszcze niedawno mastektomia była pewnikiem przy właściwie każdym takim rozpoznaniu. Dziś coraz częściej przeprowadza się kwadrantektomię, czyli usunięcie jednego kwadrantu (części) piersi lub nawet wycina się sam guz z odpowiednim marginesem. Takie leczenie nazywa się oszczędzającym narząd. Podobnie jest z niektórymi rakami nerki, krtani czy płuca – można usunąć tylko fragment narządu, a metoda nadal jest skuteczna i radykalna.


Zabiegi operacyjne są też coraz mniej inwazyjne w znaczeniu dostępu do operowanej części ciała, czyli tego, w jaki sposób dochodzi się tam, gdzie jest rak. Na Zachodzie standardem zabiegów brzucha jest laparoskopia, czyli operacja specjalnymi narzędziami przez maleńkie dziurki. Polska powoli, ale konsekwentnie idzie w tę stronę. Ja sama – mimo aż trzech operacji, z czego pierwsza była usunięciem całej macicy – leczenie operacyjne miałam wyłącznie laparoskopowe. W kilku polskich ośrodkach dostępne są również roboty Da Vinci, umożliwiające laparoskopowe, superprecyzyjne operacje onkologiczne. Kręcąc filmy i robiąc zdjęcia na salach operacyjnych, na żywo widziałam Nano Knife, czyli służący do operowania nóż, który zabija okoliczne komórki nowotworowe prądem o wysokim napięciu. Osobiście miałam też na nosie okulary, zabierające w świat wirtualnej, trójwymiarowej rzeczywistości wnętrza pacjentki lub pacjenta, by dokładniej operować. Wiem, że to brzmi wręcz kosmicznie, ale doskonały sprzęt jest coraz powszechniejszy, a lekarze i lekarki uczą się nowych technik, więc już najwyższa pora, by z wielką nadzieją szykować się na dobre zmiany w kwestii operacji onkologicznych!


Operacja może być jedynym, wystarczającym sposobem leczenia, kolejnym krokiem po chemioterapii indukcyjnej lub procesem, po którym przychodzi czas na leczenie uzupełniające. Rok po histerektomii, w 2019, właśnie tak było u mnie – gdy odkryto i usunięto przerzuty na jajnikach, postanowiono, pooperacyjnie, skierować mnie na chemioterapię i naświetlanie – dwadzieścia kilka seansów teleradioterapii i dwa seanse brachyterapii.


W przypadku dużej progresji, czyli zaawansowanego rozwoju choroby, onkolodzy i onkolożki miewają bardzo przykry dylemat czy operowanie ma sens. Absolutnie nie chodzi tu o postawę „po co zajmować salę operacyjną, skoro i tak nie ma to sensu”. Problem jest o wiele głębszy. Taka zmęczona i osłabiona rakiem pacjentka może po rozległej operacji finalnie mieć mniej czasu, który spędzi z bliskimi, z racji powikłań i trudnej rekonwalescencji. Z drugiej strony, zabieg operacyjny zawsze niesie pewną nadzieję na odwrócenie losu, uspokojenie sytuacji na kolejny rok lub nawet regresję choroby. To trudne dylematy, co do których należy mieć kompetencje. Kochana czytająca to osobo, przestrzegam Cię zatem przed wydawaniem osądów w takich sprawach.



Krioablacja, czyli Buka z Muminków


W tym miejscu tekstu możesz mieć wrażenie, że gdy chemioterapia nie jest skuteczna, a do radioterapii i leczenia operacyjnego nie można się już kwalifikować, możliwości się wyczerpały. Istnieją jednak liczne przypadki, w których można próbować kolejnych, często bardzo nowoczesnych metod. Jedną z nich jest krioablacja ciekłym azotem, czyli… wymrożenie raka. Sama krioablacja ma już kilkanaście lat i jest powszechnie znana, jednak w polskiej onkologii pojawiła się niedawno. To rodzaj zabiegu małoinwazyjnego, niemogącego być porównywanym z wielką operacją. Już tłumaczę.


Kriosonda, najważniejszy element urządzenia do krioablacji, wygląda trochę jak metalowy wskaźnik do tablicy, umieszczony na czymś w rodzaju pistoletu. Cieniutka końcówka metalowej rurki działa jak Buka z Muminków – zamraża wszystko to, co napotka na swojej drodze, precyzyjnie i równiusieńko z drogą, po której idzie. Sonda wchodzi do środka guza, po czym tworzy nieco większą od niego lodową kulę bądź elipsę. Nowotwór i margines tkanek zamieniają się więc w martwą śnieżkę o temperaturze -40°C (a azot ma -180°C!). Później następuje rozmrożenie i ponowne zamrożenie – jakby Buka przeszła się tam, z powrotem i jeszcze raz tam. Krioablacja stosuje tak niskie temperatury, że komórki momentalnie giną bezpowrotnie – nie ma najmniejszych szans, by po finalnym rozmrożeniu którakolwiek była w stanie się rozwijać. Martwe komórki, choć pozostają w organizmie, nie są już dla niego groźne. Finalnie wchłonie je organizm – to naturalny proces.


Krioablacja znajduje zastosowanie w leczeniu raków piersi (trwa duże badanie kliniczne ICE3, analizy pośrednie są niezwykle obiecujące – no i wręcz wzrusza to, że na piersi nie pozostaje nawet blizna), płuca, nerki czy wątroby. Usuwa się nią również mięsaki i przerzuty dootrzewnone. W leczeniu paliatywnym dodatkowo można zamrażać przerzuty do kości, uśmierzając ból. W niedalekiej przyszłości kriooablacja może być zatem zarówno sprawną metodą leczenia niewielkich guzów (zamiast ciąć, wprowadza się urządzenie i zamraża raka, nic nie musząc wyjmować z ciała), jak i też tą nową, kolejną po rzekomo ostatniej, deską ratunku w leczeniu raka w zaawansowanym stadium (szczególnie że stosunkowo często po wymrożeniu części nowotworu, jego reszta zanika – to pobudzenie systemu immunologicznego to tak zwany abscopal effect). Zabiegi tego typu są dostępne już teraz.


Co ciekawe, podczas zabiegu pacjentka czy pacjent zachowuje przytomność (co umożliwia stosowanie krioablacji u osób, które nie mogą lub nie chcą być usypiane). Do wprowadzenia kriosondy stosuje się znieczulenie miejscowe, a potem przeciwbólowo działa wytwarzane zimno. Z zewnątrz sonda ma temperaturę pokojową, więc jej wkładanie lub wyciąganie nie uszkadza skóry niską temperaturą. Zabiegi są szybkie (do godziny), prawie nieobarczone powikłaniami, a jeśli nic nie stoi na przeszkodzie, mogą być powtarzane. Czekamy, aż metoda ta zostanie wpisana w wytyczne postępowania!




Termoablacja, czyli Ludzka Pochodnia Marvela


Można zimnem, więc można i ciepłem! Termoablacja uzupełnia klasyczne leczenie nowotworów, niszcząc komórki rakowe jak Ludzka Pochodnia z Fantastycznej Czwórki Marvela. Termoablację najłatwiej wyobrazić sobie jako pewnego rodzaju lustrzane odbicie krioablacji – wprowadzona do guza sonda wytwarza gorącą temperaturę i smaży złe komórki jak kotlety.


Termoablacje dzielimy na mikrofalową i RFA. Ta pierwsza, nowsza i skuteczniejsza, działa identycznie jak kuchenka mikrofalowa – wykorzystuje fale elektromagnetyczne, które powodują drganie cząsteczek wody i podgrzewanie komórek, a w rezultacie ich śmierć. Z kolei RFA to energia cieplna, pochodząca z prądu o wysokiej częstotliwości. Termoablację przeprowadza się najczęściej przy rakach wątroby, czasem – nerek lub płuc. Ryzyko powikłań jest niskie. W przeciwieństwie do krioablacji, podczas zabiegu najczęściej się śpi.


Obie metody – i wymrażanie, i wysmażanie raka – wykonuje się pod kontrolą badań obrazowych, czyli na bieżąco oceniając sytuację dzięki USG lub tomografowi. Zarówno krio-, jak i termoablacja to metody dostępne w wybranych ośrodkach i dość kosztowne – można natomiast starać się o na przykład wsparcie fundacji.



Hormonoterapia, czyli Minionki


Hormonoterapia nie jest w onkologii metodą nową – ma aż dwieście lat! Stosuje się ją w przypadkach nowotworów hormonozależnych, czyli takich, których wzrost stymulowany jest przez działanie hormonów. Komórki rakowe „czują”, czy w organizmie jest duże, czy małe stężenie jakiegoś hormonu i reagują na nie, uspakajając się lub rozwijając aktywniej – jak Minionki w kontakcie z Gru czy filmowymi dziewczynkami. Wiedząc, jak działa rak, podaje się zatem hormony, które każą mu się uspokoić.


Hormonoterapia to temat znany wielu amazonkom, osobom z rakiem prostaty czy endometrium. Jest refundowana, a koszt samych leków jest stosunkowo niski. Liczne artykuły mówią, że skutki uboczne hormonoterapii nie są uciążliwe, jednak wiem, na co narzekają dziesiątki moich koleżanek – nudności, uderzenia gorąca, potliwość, senność, zaburzenia libido i zagrożenie chorobą zakrzepową żył to naprawdę uciążliwe sprawy.



Terapia celowana molekularnie, czyli James Bond


Potocznie zaliczana do chemioterapii, tak naprawdę jest czymś zupełnie innym, bo nie ma nic wspólnego z cytostatykami. Terapia celowana molekularnie, zwana też personalizowaną, polega na użyciu specjalnych leków, których działanie skierowane jest w bardzo konkretny powód wystąpienia i rozwinięcia się danego nowotworu złośliwego. Z pomocą specjalnych testów, u pacjenta lub pacjentki określa się tak zwany cel molekularny, czyli komórkowe szczegóły choroby – zmieniony gen lub białko. Po zaznajomieniu się z tym arcyważnym detalem, pieczołowicie dobiera się lek, który ma zablokować kluczowy dla tego konkretnego raka mechanizm, powodujący progresję choroby.


Onkologia personalizowana działa trochę jak Agent 007 – nie wali na oślep, tylko, nim uderzy, poznaje, rozpracowuje, sprawdza, dobiera, by wreszcie pojawić się w drzwiach i w wyprasowanym garniturze zrobić, co trzeba. Przy takim stopniu indywidualności trudno usystematyzować skutki uboczne, natomiast do tych widocznych należą wybielenie i zagęszczenie lub wypadnięcie włosów, podobna do trądziku wysypka, zmiany na paznokciach, problemy skórne. Wymienione brzmią dość łagodnie, jednak z racji nasilenia prowadzą czasem nawet do przerwania leczenia.


To leczenie bardzo skuteczne i działające wyłącznie na raka, choć ten może zmienić się w trakcie takiej terapii, przez co przestaje ona działać i trzeba zaczynać od nowa. Nauka dopiero rozkręca się w temacie medycyny personalizowanej. Trzymam kciuki!



Immunoterapia, czyli ekipa Scoobyego



Rak powstaje, gdy organizm nie daje sobie rady z eliminacją niedobrej komórki i ta zaczyna się dzielić. Układ odpornościowy często pozostaje praktycznie bezradny wobec tego zjawiska, przez co nowotwór rozwija się, psując zdrowie, a finalnie mogąc odebrać życie. Wchodząc na wyższy poziom zaawansowania: badania naukowe wykazały, że komórki nowotworowe wyhamowują kontrolę układu odpornościowego, przez co organizm nie produkuje odpowiedniej ilości leukocytów T, które mogłyby same zwalczyć raka jako coś niepożądanego w organizmie.


Nowym (choć właściwie obecnym w medycynie od kilkunastu lat, a badanym od XIX wieku) pomysłem na leczenie nowotworów złośliwych jest więc to, by, korzystając z najnowszych osiągnięć nauki, wspomóc układ odpornościowy pacjenta lub pacjentki na tyle, by sam zwalczył on raka. Ta droga, w przeciwieństwie do chociażby chemio- i radioterapii, wzmacnia, a nie osłabia organizm, toteż medycyna pokłada w niej ogromne nadzieje. Ba, niejednokrotnie natknęłam się na przewidywania, że niebawem immunoterapia zdominuje leczenie onkologiczne.


Terapia ta ma za zadanie tak wspomóc układ odpornościowy (inaczej immunologiczny – stąd nazwa), by ten włączył naturalne mechanizmy obronności przeciwnowotworowej i poradził sobie z chorobą. To maluje pejzaż nadziei także dla osób, których rak jest w zaawansowanym stadium, rozsiany po organizmie, jako że to nie lekarz, tylko organizm sam lokalizuje i niszczy ogniska choroby. Tak zwane cząsteczki immunokompetentne demaskują raka – zupełnie jak Scooby i przyjaciele, ściągający maskę z twarzy rzekomego ducha.


Brzmi to wszystko wspaniale: nowoczesne, spersonalizowane, w zastrzykach lub tabletkach, bez niebezpieczeństwa uszkodzenia zdrowych tkanek. Immunoterapia ma jednak pewną wadę – na odpowiedź układu odpornościowego na dostarczone cząsteczki trzeba czekać dość długo, a nie każda osoba z rakiem ma ten czas. Są też skutki uboczne, gdyż pobudzony układ odpornościowy pracuje inaczej niż wcześniej. Osoba lecząca w ten sposób raka może nabawić się stanu zapalnego jakiegoś narządu, natomiast nie sposób wtedy określić udziału immunoterapii w powstaniu zapalenia.


Immunoterapia to z pewnością metoda przyszłości, ale już dziś się ją stosuje, także w Polsce, na NFZ (w ramach konkretnych programów lekowych) oraz w ramach badań klinicznych, głównie w leczeniu czerniaka czy konkretnego typu nowotworów złośliwych płuc, nerki, jelita grubego, wątroby i innych. Na ten moment wyzwaniami są wysokie koszty, ograniczenia w refundacji oraz trudności w skutecznej kwalifikacji do immunoterapii. Medycyna rozwija się jednak niezwykle dynamicznie i – kto wie – może za pół roku będę musiała edytować ten tekst, czyniąc go jeszcze śmielej budzącym nadzieję.



Terapia genowa, czyli Atomówki


Jeżeli poprzedni sposób wyglądał Ci na tak nowoczesny, że wręcz magiczny, to trzymaj się mocno! Teraz czas na akcję rodem z Atomówek – dodanie magicznego składnika X! Terapia genowa, będąca z pewnej perspektywy rodzajem immunoterapii, polega na modyfikowaniu materiału genetycznego. Ta metoda to kilkulatka, wciąż trwają badania. Póki co, jest bardzo kosztowna i grozi szeregiem skutków ubocznych (jedne z badań klinicznych zostały niedawno zawieszone po śmierci pacjenta), natomiast to z pewnością kolejna, prawdziwa rewolucja, która już tu jest!


Terapii genowa polega na pobraniu od pacjentki, pacjenta milionów jej, jego własnych limfocytów (to rodzaj leukocytów, czyli białych krwinek), które w laboratorium poddaje się modyfikacji genetycznej, dodając do nich nowy gen, zawierający specjalne białko. Ulepszone limfocyty potrafią rozprawić się z rakiem, na który choruje ich właściciel lub właścicielka. Zmodyfikowane krwinki – jako lek – umieszcza się z powrotem w krwioobiegu, by zaczęły pracować: mnożyć się (tym aktywniej, im więcej jest komórek rakowych) i działać na raka, niszcząc go. Ale power!



Stosując metody leczenia raka nieoddzielnie, a razem (co onkologia nazywa postępowaniem skojarzonym i stosuje bardzo, bardzo często), otrzymujemy kombinacje często naprawdę skuteczne. Co więcej, połączenie terapii genowej i immunoterapii zaowocowały rejestracją pierwszej terapii typu CAR-T. To prawdziwy przełom w nauce i wielka nadzieja dla osób, chorujących na nowotwory krwi!


Pewnie, że rak łączy się z cierpieniem i ryzykiem śmierci. Pewnie, że każda terapia ma skutki uboczne, a poza tym, łączy się z nieustannym obserwowaniem swojego organizmu, kontrolami lekarskimi i dietą. Pewnie, że nie ma leku-cudu, magicznej pigułki. Mam jednak nadzieję, że po przeczytaniu tego tekstu nigdy nie powiesz już, że na raka nie ma lekarstwa.


A jeśli Twoja nadzieja wobec leczenia własnego lub bliskiej osoby zachwieje się, proszę, przypomnij sobie o remisji mojej i wielu moich koleżanek (którym zapowiadano śmierć w kilka miesięcy, a one po dekadzie mają się świetnie), o Frodo, Scoobym, Buce, Atomówkach czy Ludzkiej Pochodni i przegoń cepelina ze swojego nieba, odsłaniając słońce.



Świetnym uzupełnieniem tego tekstu będą moje wpisy na blogu:

o powstawaniu raka

o stereotypach na temat choroby nowotworowej

o medycynie alternatywnej


__________


Zapisz się do newslettera

(i bądź ze mną na bieżąco)