Ani kobiece miejsca intymne, ani kokoszka

Aktualizacja: kwi 21

O określeniach żeńskich genitaliów


Na początku lat dziewięćdziesiątych, kiedy miałam kilka lat, mama zawołała mnie do dużego pokoju. Siadłyśmy przy stole, z białą kartką wyrwaną z bloku i pęczkiem kredek. Mama narysowała dwie postacie: mężczyzny i kobiety, po czym powolutku wyjaśniła mi, skąd się wzięłam. Dowiedziałam się, że panowie dysponują specjalną komórką, która nazywa się plemnikiem, a panie – komórką jajową*. Że dorośli, jeśli oboje chcą, mogą się bardzo mocno przytulić i te dwie komórki się połączą. Że na dole brzucha jest macica, w której urośnie wtedy płód, finalnie stając się dzidziusiem. Że pewnego dnia na moich majteczkach znajdzie się krew i będzie powracała co miesiąc. Że są miejsca, które są tylko moje. Pamiętam tę rozmowę jako zupełnie normalną i neutralną. Dziwne wydało mi się tylko to, że gdy nazajutrz powiedziałam dziewczynkom w szkole, że nie mogę doczekać się pierwszej miesiączki, wyśmiały zarówno moje niedorzeczne pomysły o krwi lecącej z pochwy, jak i głupkowate, obalające teorię bocianową gadanie o komórkach oraz mocnym przytulaniu. Na szczęście nie przejęłam się tym – w końcu mama wiedziała najlepiej. U nas w domu na co dzień mówiło się ‘pisia’ i ‘siusiak’, jednak od najmłodszych lat wiedziałam, jakie są poprawne, nieżartobliwe nazwy.


No właśnie. Pisia. Pusia. Pipka. Kuciapka. Psioszka. Kokoszka. Kulinarnie: pieróg. Plażowo: muszelka. Zoologicznie: myszka. Sporo wulgaryzmów na ‘c’ oraz ‘p’. I cała kawalkada imion żeńskich (z szacunku do Dorot, Katarzyn i Danut nie będę brnęła w tę stronę). Jak to jest z tymi określeniami? Jak ‘to’ nazwać, żeby niczego nie pominąć i nikogo nie urazić? Jak dopasować używane określenia do współczesnej świadomości oraz inkluzywności?


Pozwól, że opowiem Ci historię pochodzenia wyrazu ‘niedźwiedź’. Słowo to uległo pewnej przemianie – wcześniej, choćby jeszcze u Reja, brzmiało ono ‘miedźwiedź’. Pierwsza część tego pozornie dziwacznego leksemu to po prostu ‘miód’. Druga, dziś reprezentowana przez ostatnie cztery literki, mówi o czynności jedzenia. Pobawmy się językiem: miedźw-jedź, mied-jed, miód-jeść. Fajne, prawda? Etymologicznie nasz niedźwiedź jest zatem po prostu miodojadkiem. Misie uwielbiają miodek, wiadomo to choćby od Puchatka. Czemu jednak akurat miodojad? Nie można było inaczej? Otóż można było: arktos. Dawno, dawno temu słowo ‘arktos’ miało się całkiem świetnie i to ono poprawnie określało niedźwiedzia, nikt jednak nie chciał go używać. Dlaczego? Żeby misia nie przywołać. Wierzono bowiem, że wypowiedzenie nazwy zwierzęcia sprowadzi jego obecność. Przecież także dziś „nie wywołujemy wilka z lasu”, nie zapeszamy i nie powtarzamy pięciokrotnie przed lustrem słowa ‘Candyman’, by upiór nie kropnął nas znienacka hakiem. W naszej, pełnej magii kulturze już setki lat temu utarło się, że lepiej nie nazywać groźnych, wstydliwych i kontrowersyjnych rzeczy po imieniu. ‘Niedźwiedź’ to językowa ogródka – przeciwieństwo mówienia bez ogródek, czyli bez wstydu, bez tabu, bez kombinowania, bez strachu, że potwór wyjdzie z lasu i pożre nas jak garść słodkiego miodu.


Stąd wszystkie te kuciapki, psioszki i kokoszki. To omówienia, eufemizmy, czyli określenia zastępcze, omijające tabu. Być może dawno temu słowa takie chroniły przed tym, co najgorsze, dziś jednak raczej działają w sposób odwrotny do zamierzonego. Ogródki sprawiają, że mówienie o ‘tamtych’ częściach ciała powoduje rumieniec na twarzy. Infantylizowanie związanych z genitaliami określeń powoduje problemy komunikacyjne – no bo jak powiedzieć lekarzowi, że mamy jakieś zgrubienie w… pierożku? Jak poprosić partnera lub partnerkę o delikatniejsze obchodzenie się z naszą… kuciapką? Jak wyznać mamie obawę związaną z dziwnym zapachem… kaśki? To co najmniej dziwne! Owszem, inne części ciała i całego świata też przezywamy, bo żartowanie jest przecież przyjemne. Nos to kiziol, noga to gira. W tych przypadkach podstawowe określenia nikogo jednak nie peszą, dzięki czemu radzimy sobie u laryngologa, ortopedy, w rozmowie z bliskimi oraz wszelkich sytuacjach, w których nos czy noga odgrywają jakąś rolę.


A co z dziećmi? Maluchy wchodzą w społeczeństwo w sposób płynny i trudny do wychwycenia. Utrzymywanie ich w przekonaniu, że mają tam muszelkę lub pierożka nie wyjdzie im na dobre ani w przedszkolu, ani u lekarza, ani gdy będą dorastać, ani w sytuacji, bardzo przepraszam za brutalność, gdy dziecko będzie chciało powiedzieć dorosłemu, że wujek dotykał myszki. Kuciapki i pusie zakrzywiają rzeczywistość, budują tabu i rodzą wstyd, który hamuje rozwój zarówno świadomości własnej seksualności, jak i poczucia wartości. To grunt, na którym kiełkują krzywdzące shamingi. Posunę się nawet dalej – z tego muszelkowania wyrastają później osoby, nierozumiejące różnicy między sromem a pochwą, myślące, że łechtaczka wchodzi w obręb waginy i niepotrafiące zdefiniować piersi, sutka i brodawki jako określeń o różnych przecież zakresach. Można mówić o pisi czy kokoszce tak jak o kiziolu lub girze – w żartach, gdy dziecko wie, jak brzmi prawidłowa nazwa tej zupełnie naturalnej części ciała, którą ma.



Wargi sromowe, łechtaczka, pochwa, piersi – to poprawne i zupełnie normalne określenia. Są w podręcznikach, słownikach oraz encyklopediach, wspaniale jednak również pasują do codziennej rozmowy, także tej z dzieckiem. Jak jednak nazwać te części ciała zbiorczo? „Kobiece miejsca intymne” to najgorsze określenie, jakiego można użyć. „Kobiece”? Nie! Pochwa, macica czy jajniki nie są źródłem kobiecości. Bez nich można przecież nadal być stuprocentową kobietą. Poza tym, wymienione narządy miewają także mężczyźni i osoby niebinarne, których psychiczne poczucie płci wskazuje co innego niż biologiczna budowa ciała. Płeć jest w głowie, nie pod bielizną. „Miejsca”? Można lepiej, bo miejsca to mogą być na mapie, albo w lesie, gdzie misiom łatwo znaleźć miód. Ciało składa się nie z miejsc, tylko narządów, które, funkcjonując w pewien sposób, pozwalają nam spełniać różnorakie potrzeby. „Intymne”? Jasne, bo zakrywane w pozbawionych intymności sytuacjach, a odkrywane, także werbalnie, w obliczu intymności – tak się społecznie umówiliśmy i znakomita większość z nas tak woli. Intymność jednak nie musi być cechą obligatoryjną dla piersi, sromu czy jąder i penisa. Nie kojarzmy tych narządów z wstydem i nie zapominajmy, że w obliczu intymności równie ważna potrafi być dłoń, szyja lub usta, dotykające innego ciała lub wypowiadające słowa podczas rozmowy.


Co robić? Wobec złożoności problemu, najlepiej byłoby unikać tego typu zbiorczych określeń i poprzestać na wymienianiu: wargi sromowe, pochwa i tak dalej. Czym jednak w takim razie jest pusia jako całość? Czym zajmuje się ginekologia? Co my tam mamy? Jak to nazwać? „Srom” odpada – to określenie wyłącznie zewnętrznej części, nie obejmuje pochwy czy macicy. „Łono”… Hm, chyba za bardzo kojarzy mi się z obligatoryjnością macierzyństwa, poza tym, któż dziś używa tego określenia? Pełna nadziei wracam do narządów – to wydaje się dobrym tropem. Tylko jakie te narządy? Biologia nie zna narządów kobiecych, to już wiemy. Zna za to żeńskie. Nie ufam tej przydawce w stu procentach, ale, nie widząc lepszej opcji, z uwagi na szacunek do biologii, łaskawie ją przyjmuję. Niech będzie. Czuję, że jestem blisko. Określenie „żeńskie narządy” wydaje mi się jednak niespecyficzne. „Żeńskie narządy płciowe”? Brzmi profesjonalnie, ale nie ma opcji. Słowo „płciowe” znowu rozbija nasz stateczek –ustaliliśmy przecież, że płeć mieszka o wiele wyżej – w mózgu. „Rodne”? Nie, mamy je do wielu celów, nie tylko do rodzenia dzieci. Poza tym, łechtaczką czy jajnikami się nie rodzi… Zaczynam zastanawiać się, czy nie spróbować jednak zamienić słowa „narządy”, zamiast szukać mu przydawki. Mój wytężony umysł łączy się z lekcją biologii sprzed ponad dwóch dekad i podsuwa „gonady”. Spontanicznie parskam śmiechem. Kto chciałby mieć gonady?!


Mam! Genitalia! Nie brzmi aż tak strasznie! Da się oswoić! W dodatku łatwo można mówić o genitaliach zewnętrznych oraz tych wewnętrznych. To słowo jest również dość samodzielne. Określi narządy i zdrowe, i chore, i pełne, i częściowe (od urodzenia lub przez napotkane w życiu sytuacje). Pasuje do osób inter, nie brzmi jak coś obligatoryjnego, trzyma się z dala od płci. Fajna jest jego liczba mnoga, jakby zbierała do wspólnego zbioru jajniki, pochwę, srom, macicę i inne, nadal istniejąc bez którychś elementów, co pasuje mi bardziej niż podskórnie wskazujące na nierozdzielność słowo „układ”. Super jest także to, że same genitalia nie są z zasady ani żeńskie, ani męskie, nie mówiąc już o kobiecych czy męskich w znaczeniu tożsamościowym. To jest bezpieczne dla wszelkich sytuacji nieokreślonych, pomiędzy lub inter. Genitalia – kupuję to! Jeśli mówimy o jajnikach, macicy lub pochwie, a kategorycznie nie o jądrach, penisie czy prostacie, chyba bez większych sprzeciwów, zgodnie z językiem biologii, możemy dodać „żeńskie”. „Żeńskie genitalia”. Żadne z tych dwóch słów nie jest idealne, ale w obliczu całych tych poszukiwań przyjmuję je jako najbezpieczniejsze.


Po co to wszystko? Język kreuje rzeczywistość. Naprawdę. To dzięki niemu ubieramy myśli w kształty, możemy rozmawiać, komentować zdjęcia na Instagramie, robić listy zakupów i przeczytać o skutkach ubocznych przepisanych nam leków. Mózg działa w specyficzny sposób – rozumie nasze własne słowa dość dosłownie i na ich podstawie kieruje reakcjami umysłu, emocjami, a nawet zachowaniem fizjologią (każdy z nas popłakał się, czytając książkę lub spocił przy facebookowym poście). Skoro inaczej działa na nasze samopoczucie oraz działanie „zakaz wstępu” i „proszę nie wchodzić” bądź „następnym razem przytrzymaj pokrywkę” i „rozlałaś zupę, kretynko”, to naprawdę ma znaczenie, czy powiesz „srom” czy „dorotka”. Jeśli wydaje Ci się to ciekawe, poczytaj o „Zdrowej semantyce” według Racjonalnej Terapii Zachowania. Język nie jest przezroczysty, zawsze przedstawia świat tego, kto się wypowiada. Język zapośrednicza i niejako barwi wszystko. Jeśli wydaje Ci się to ciekawe, poczytaj o hermeneutyce. Droga do znaczenia prowadzi przez interpretację słów. Jeśli wydaje Ci się to ciekawe, poczytaj o semiologii. Niezależnie od tego, czy ten temat wydaje Ci się interesujący, czy nie, warto używać języka w sposób uważny i świadomy.


Żeńskie genitalia wewnętrzne. Żeńskie genitalia zewnętrzne. Pochwa. Srom. Piersi. Łechtaczka. To nie imiona potworów, które, przywołane, wyjdą z lasu. To nazwy części ciała. Mówię je głośno, w sposób tak samo pewny jak wtedy, gdy mama rysowała mi na kartce postaci kobiety i mężczyzny. Dziękuję Ci, Mamusiu!



*Nie czarujmy się, nie były to czasy świadomej inkluzywności. Dziś jednak wiemy, że także i panowie mogą dysponować komórką jajową, a panie – plemnikiem.



__________


Zapisz się do newslettera

(i bądź ze mną na bieżąco)

625 wyświetlenia0 komentarz

Ostatnie posty

Zobacz wszystkie